Doktor przez dłuższą chwilę spoglądał na stojącą nieopodal ruderę, zanim zdecydował się wysiąść z auta i podążyć nieśmiało w jej kierunku. Nędzne lepianki na skraju lasu, przedstawiały obraz tak żałosny, iż z trudem zasługiwały na miano rudery. To tak, jak z kacem mordercą i pójściem do roboty. Człowiek jest pewien, że już absolutnie nic gorszego nie może się stać, by następnie boleśnie dać się z tego błędu wyprowadzić. Doktor przystanął na chwile. Jego instynkt samozachowawczy walczył właśnie z głębokim poczuciem słuszności misji, z którą tu przybył. Raz jeszcze przypomniał sobie dialog, jaki odbył podczas wczorajszej wizyty w knajpie, która to wciąż dawała o sobie znać, mimo wszelkich przedsięwziętych środków.
-Coś pan panie Marku taki jakiś wymizeriały, jak zielenina w supersamie ? - Zaczął jakby od niechcenia pan Tomasz, zwany w lokalnej społeczności jako "Żebro", dosiadając się do Doktora, który akurat siedział jako jedyny przy barze.
Był to facet ogromnej postury, którą posiąść mogą jedynie najwięksi piwosze, absolutnie wierni i oddani swemu hobby. Pochodzenie jego ksywy było co najmniej tak samo zagadkowe, jak to z czego bierze pieniądze na nieustanne chlanie.
-A tak jakoś. Problem mam.
Doktor nigdy nie należał do osób szczególnie rozpuszczających język, ale zdawkowość tej wypowiedzi była nietypowa nawet jak dla niego.
-No... Dom się już prawie skończył budować, już jadą chłopy z wykończeniówką w środku, malowanie na całego, wszystkie kurwa.. płytki... - Zaczął w końcu. - No, ale.. Z wodą jest problem.
Żebro zmrużył nieco swe bystre oczęta, co mogłoby wskazywać nawet, iż słucha swego rozmówcy w przerwach pomiędzy kolejnymi łykami piwa.
-Studnie trzeba odmulić?
Stosunkowo logiczne stwierdzenie początkowo zbiło Doktora z tropu. Zwyczajnie się go nie spodziewał. Szybko jednak powrócił na swój tok myślenia.
-Nie.. To, właściwie to nie. Chociaż nie wiem. Po prostu wysłałem jednego chłopa na dół i nie wrócił, potem drugiego, piątego. W końcu jeden wrócił, tylko, że jakoś tak.. Ryj mu urwało. Jakieś panie macki zaczęły ze studni wyłazić, chyba z tuzin, rozpierdol na budowie czynić, pchać łapy do betoniarki.
Pełne zrozumienia kiwanie głową pana Żebro oznajmiło, iż Doktor może kontynuować swoją relacje.
-No to wziąłem gada, najpierw z siekierką latałem i biłem jak głupi, ale nic. Więc postanowiłem racą na krety, że skurwysyństwo wykurzę.
-I co? Spierdolił?
-A gdzie tam.. Nawet nie zdążyłem nawrzucać. Przyszedł jakiś idiota, nie wiem skąd. Chyba z takiej organizacji co to się zajmuje pisaniem listów do różnych instytucji, żeby drogi nie budowali, bo jest jakiś rezerwat rozwielitek. I powiedział, że to jest e.. endemiczny Cthulhu, że nic mu zrobić nie można i jak się potwierdzi to mi pierdolną rezerwat 5000 tyś. km2.
-Ło kurwa! I co panie? Jak to teraz? - Żebro wyraźnie zszokowany groźbą tego przejawu eko-terroryzmu, zdążył osuczyć już cały browar i wyraźnie czekał na epilog.
-A nie wiem. Bo w sumie..
-STUDNIARZA wam trzeba panie..! - Głos z drugiego końca blatu barowego oznaczał, iż audytorium Doktora nie ograniczało się jedynie do pana Tomasza, który już z resztą stracił całe zainteresowanie sprawą i wysupływał właśnie jakieś grosze na kolejne jasne pełne. Postacią wypowiadającą słowa okazał się starszy mężczyzna. Stwierdzenie starszy mężczyzna jest tutaj nie do końca trafione, stawiał bym raczej na słowo "dziad". Miał on głos silny, zupełnie jakby dla kontrastu dla samej swej postaci. Chudy, pomarszczony, zgarbiony o twarzy nałogowego onanisty- degenerata.
-Że co? -Doktor mimo wszystko poczuł się nieco zainteresowany tą dygresją.
-Paaanie. Stara to profesja i znana niewiela. Mało ich już na zachód od Bugu. - Skrzeczący głos dziadka stracił może nieco na sile, ale wcale nie poprawiło to jego wyglądu.
-No dobra, ale gdzie ja takiego znajde? I czy to legalne jest?
-Legalne jest. Papiery wystawi, pieczęcią podbije. Wiem, że jeden żył kiedyś w Petersburgu...
-Kurwa.. Za caratu? Gdzieś bliżej nie ma?
-Fmmmm. -Czoło dziadka zmarszczyło się jeszcze bardziej. - No.. Jest jeszcze jeden w Malawie...
Doktor popatrzył raz jeszcze na swój założony cel podróży i w końcu zdecydował się ruszyć naprzód.
-Studniarz to studniarz. I chuj. Zobaczymy.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
No trzeba Ci przyznać rzecz świetnie w słowa ujęta. Nic nie traci z uroku, a wręcz barwniejsza jest od planów czy pomysłów wersji obrazkowej. Pisz waść pisz ;)
OdpowiedzUsuń