Jedną z najważniejszych cech optymistycznego podchodzenia do życia, jest zdolność do dostrzegania piękna, harmonii i dobra w najbardziej przyziemnych i pozornie całkowicie ich pozbawionych elementach miejskiego krajobrazu. Dla mnie takim przykładem jest, dobrze znana większości społeczeństwa, sieć sklepów PSS SPOŁEM.
W czasach krwiożerczego kapitalizmu, który zadręcza zwykłych ludzi pracy, a nagradza w obrzydliwe bogactwa spekulantów, oszustów, wyzyskiwaczy i resztę żydo-masonerskich spiskowców! W czasach gdy ucisk wielkich, zachodnich korporacji każe siedzieć pracownikom na kasach w pampersach i dźwigać ciężkie palety po różnorakich, imperialistycznych Biedronkach! W czasach gdy szaleńćza pogoń za klientem i fałszywa uprzejmość, mająca na celu omamić nasz rozum, kwitną w najlepsze! ...
W tych właśnie czasach wchodzę sobie do Społemiku... Panuje tu błogi spokój i odprężająca cisza. W zasięgu wzroku nie widzę żywej duszy. Czuję się nawet nieco dziwnie, jakbym wchodził do czyjegoś domu i naruszał jego prywatność. Biorę koszyczek, przemierzam sklepowe półki, nie ma na nich nic szczególnie ciekawego. Po kilku minutach stania i wpatrywania się w apetyczne mięsko, przychodzi w końcu pani ze stoiska M i jest to pierwsza (i jak się wkrótce okaże, także ostatnia) osoba z obsługi jaką dane mi jest w tym dniu poznać. Po krótkim dialogu udaje się jej oczywiście przekonać mnie, iż potrzebuje nie 20, a 30 dkg szynki, bo tak się ukroiło, a inną dostanę w kawałku, bo ciężko się kroi. Kolejne minuty oczekiwania przed stoiskiem warzywnym i podobna sytuacja, lecz tym razem pani z jakiegoś powodu wybija mi z głowy pomysł kupienia kilograma banaów, gdyż jej zdaniem nie zjem tyle i ostatecznie warzy mi pół kilograma. W końcu przychodzi czas na wizytę w kasie, gdzie ta sama pani krzyczy na mnie bardzo kulturalnie, że doładowania do komórki nie da rady zrobić, gdyż nie ma pani Krysi, a tylko ona jest po szkoleniu.
Fenomen ten dane mi było swego czasu zdemaskować. Otóż wpadłem na zakupy do PSS'a akurat kiedy zdarzyła się tam nagła kontrola z centrali. Z zaplecza wybiegło ponad tuzin kobiet z obsługi tak, że kłopot było przejść pomiędzy regałami. Znalazła się nawet pani Krysia i sama szefowa z zastępstwem, której nie widziałem nigdy na oczy. Niestety nie zdążyłem zrobić zakupów w tej podniosłej atmosferze, gdyż kontrol skończyła się tak szybko jak się rozpoczęła i wszystkie panie za wyjątkiem jednej znikły w okrytych mrokiem drzwiach na zaplecze.
Całe szczęście, że SPOŁEM jest całkowicie kryzysoodporne, hipermarketoodporne i w ogóle wiekuiste, gdyż mam nadzieje jeszcze długo podziwiać tą oazę spokoju na wezbranym oceanie pogoni za wydajnością pracy ;]
Z dedykacją dla Gosi. Mała, pocieszna, fajnie na niej leży fartuszek PSS'u i ślicznie się uśmiecha :)
Następny będzie pewnie STUDNIARZ ep. 2
czwartek, 24 września 2009
wtorek, 8 września 2009
STUDNIARZ S01E01
Doktor przez dłuższą chwilę spoglądał na stojącą nieopodal ruderę, zanim zdecydował się wysiąść z auta i podążyć nieśmiało w jej kierunku. Nędzne lepianki na skraju lasu, przedstawiały obraz tak żałosny, iż z trudem zasługiwały na miano rudery. To tak, jak z kacem mordercą i pójściem do roboty. Człowiek jest pewien, że już absolutnie nic gorszego nie może się stać, by następnie boleśnie dać się z tego błędu wyprowadzić. Doktor przystanął na chwile. Jego instynkt samozachowawczy walczył właśnie z głębokim poczuciem słuszności misji, z którą tu przybył. Raz jeszcze przypomniał sobie dialog, jaki odbył podczas wczorajszej wizyty w knajpie, która to wciąż dawała o sobie znać, mimo wszelkich przedsięwziętych środków.
-Coś pan panie Marku taki jakiś wymizeriały, jak zielenina w supersamie ? - Zaczął jakby od niechcenia pan Tomasz, zwany w lokalnej społeczności jako "Żebro", dosiadając się do Doktora, który akurat siedział jako jedyny przy barze.
Był to facet ogromnej postury, którą posiąść mogą jedynie najwięksi piwosze, absolutnie wierni i oddani swemu hobby. Pochodzenie jego ksywy było co najmniej tak samo zagadkowe, jak to z czego bierze pieniądze na nieustanne chlanie.
-A tak jakoś. Problem mam.
Doktor nigdy nie należał do osób szczególnie rozpuszczających język, ale zdawkowość tej wypowiedzi była nietypowa nawet jak dla niego.
-No... Dom się już prawie skończył budować, już jadą chłopy z wykończeniówką w środku, malowanie na całego, wszystkie kurwa.. płytki... - Zaczął w końcu. - No, ale.. Z wodą jest problem.
Żebro zmrużył nieco swe bystre oczęta, co mogłoby wskazywać nawet, iż słucha swego rozmówcy w przerwach pomiędzy kolejnymi łykami piwa.
-Studnie trzeba odmulić?
Stosunkowo logiczne stwierdzenie początkowo zbiło Doktora z tropu. Zwyczajnie się go nie spodziewał. Szybko jednak powrócił na swój tok myślenia.
-Nie.. To, właściwie to nie. Chociaż nie wiem. Po prostu wysłałem jednego chłopa na dół i nie wrócił, potem drugiego, piątego. W końcu jeden wrócił, tylko, że jakoś tak.. Ryj mu urwało. Jakieś panie macki zaczęły ze studni wyłazić, chyba z tuzin, rozpierdol na budowie czynić, pchać łapy do betoniarki.
Pełne zrozumienia kiwanie głową pana Żebro oznajmiło, iż Doktor może kontynuować swoją relacje.
-No to wziąłem gada, najpierw z siekierką latałem i biłem jak głupi, ale nic. Więc postanowiłem racą na krety, że skurwysyństwo wykurzę.
-I co? Spierdolił?
-A gdzie tam.. Nawet nie zdążyłem nawrzucać. Przyszedł jakiś idiota, nie wiem skąd. Chyba z takiej organizacji co to się zajmuje pisaniem listów do różnych instytucji, żeby drogi nie budowali, bo jest jakiś rezerwat rozwielitek. I powiedział, że to jest e.. endemiczny Cthulhu, że nic mu zrobić nie można i jak się potwierdzi to mi pierdolną rezerwat 5000 tyś. km2.
-Ło kurwa! I co panie? Jak to teraz? - Żebro wyraźnie zszokowany groźbą tego przejawu eko-terroryzmu, zdążył osuczyć już cały browar i wyraźnie czekał na epilog.
-A nie wiem. Bo w sumie..
-STUDNIARZA wam trzeba panie..! - Głos z drugiego końca blatu barowego oznaczał, iż audytorium Doktora nie ograniczało się jedynie do pana Tomasza, który już z resztą stracił całe zainteresowanie sprawą i wysupływał właśnie jakieś grosze na kolejne jasne pełne. Postacią wypowiadającą słowa okazał się starszy mężczyzna. Stwierdzenie starszy mężczyzna jest tutaj nie do końca trafione, stawiał bym raczej na słowo "dziad". Miał on głos silny, zupełnie jakby dla kontrastu dla samej swej postaci. Chudy, pomarszczony, zgarbiony o twarzy nałogowego onanisty- degenerata.
-Że co? -Doktor mimo wszystko poczuł się nieco zainteresowany tą dygresją.
-Paaanie. Stara to profesja i znana niewiela. Mało ich już na zachód od Bugu. - Skrzeczący głos dziadka stracił może nieco na sile, ale wcale nie poprawiło to jego wyglądu.
-No dobra, ale gdzie ja takiego znajde? I czy to legalne jest?
-Legalne jest. Papiery wystawi, pieczęcią podbije. Wiem, że jeden żył kiedyś w Petersburgu...
-Kurwa.. Za caratu? Gdzieś bliżej nie ma?
-Fmmmm. -Czoło dziadka zmarszczyło się jeszcze bardziej. - No.. Jest jeszcze jeden w Malawie...
Doktor popatrzył raz jeszcze na swój założony cel podróży i w końcu zdecydował się ruszyć naprzód.
-Studniarz to studniarz. I chuj. Zobaczymy.
-Coś pan panie Marku taki jakiś wymizeriały, jak zielenina w supersamie ? - Zaczął jakby od niechcenia pan Tomasz, zwany w lokalnej społeczności jako "Żebro", dosiadając się do Doktora, który akurat siedział jako jedyny przy barze.
Był to facet ogromnej postury, którą posiąść mogą jedynie najwięksi piwosze, absolutnie wierni i oddani swemu hobby. Pochodzenie jego ksywy było co najmniej tak samo zagadkowe, jak to z czego bierze pieniądze na nieustanne chlanie.
-A tak jakoś. Problem mam.
Doktor nigdy nie należał do osób szczególnie rozpuszczających język, ale zdawkowość tej wypowiedzi była nietypowa nawet jak dla niego.
-No... Dom się już prawie skończył budować, już jadą chłopy z wykończeniówką w środku, malowanie na całego, wszystkie kurwa.. płytki... - Zaczął w końcu. - No, ale.. Z wodą jest problem.
Żebro zmrużył nieco swe bystre oczęta, co mogłoby wskazywać nawet, iż słucha swego rozmówcy w przerwach pomiędzy kolejnymi łykami piwa.
-Studnie trzeba odmulić?
Stosunkowo logiczne stwierdzenie początkowo zbiło Doktora z tropu. Zwyczajnie się go nie spodziewał. Szybko jednak powrócił na swój tok myślenia.
-Nie.. To, właściwie to nie. Chociaż nie wiem. Po prostu wysłałem jednego chłopa na dół i nie wrócił, potem drugiego, piątego. W końcu jeden wrócił, tylko, że jakoś tak.. Ryj mu urwało. Jakieś panie macki zaczęły ze studni wyłazić, chyba z tuzin, rozpierdol na budowie czynić, pchać łapy do betoniarki.
Pełne zrozumienia kiwanie głową pana Żebro oznajmiło, iż Doktor może kontynuować swoją relacje.
-No to wziąłem gada, najpierw z siekierką latałem i biłem jak głupi, ale nic. Więc postanowiłem racą na krety, że skurwysyństwo wykurzę.
-I co? Spierdolił?
-A gdzie tam.. Nawet nie zdążyłem nawrzucać. Przyszedł jakiś idiota, nie wiem skąd. Chyba z takiej organizacji co to się zajmuje pisaniem listów do różnych instytucji, żeby drogi nie budowali, bo jest jakiś rezerwat rozwielitek. I powiedział, że to jest e.. endemiczny Cthulhu, że nic mu zrobić nie można i jak się potwierdzi to mi pierdolną rezerwat 5000 tyś. km2.
-Ło kurwa! I co panie? Jak to teraz? - Żebro wyraźnie zszokowany groźbą tego przejawu eko-terroryzmu, zdążył osuczyć już cały browar i wyraźnie czekał na epilog.
-A nie wiem. Bo w sumie..
-STUDNIARZA wam trzeba panie..! - Głos z drugiego końca blatu barowego oznaczał, iż audytorium Doktora nie ograniczało się jedynie do pana Tomasza, który już z resztą stracił całe zainteresowanie sprawą i wysupływał właśnie jakieś grosze na kolejne jasne pełne. Postacią wypowiadającą słowa okazał się starszy mężczyzna. Stwierdzenie starszy mężczyzna jest tutaj nie do końca trafione, stawiał bym raczej na słowo "dziad". Miał on głos silny, zupełnie jakby dla kontrastu dla samej swej postaci. Chudy, pomarszczony, zgarbiony o twarzy nałogowego onanisty- degenerata.
-Że co? -Doktor mimo wszystko poczuł się nieco zainteresowany tą dygresją.
-Paaanie. Stara to profesja i znana niewiela. Mało ich już na zachód od Bugu. - Skrzeczący głos dziadka stracił może nieco na sile, ale wcale nie poprawiło to jego wyglądu.
-No dobra, ale gdzie ja takiego znajde? I czy to legalne jest?
-Legalne jest. Papiery wystawi, pieczęcią podbije. Wiem, że jeden żył kiedyś w Petersburgu...
-Kurwa.. Za caratu? Gdzieś bliżej nie ma?
-Fmmmm. -Czoło dziadka zmarszczyło się jeszcze bardziej. - No.. Jest jeszcze jeden w Malawie...
Doktor popatrzył raz jeszcze na swój założony cel podróży i w końcu zdecydował się ruszyć naprzód.
-Studniarz to studniarz. I chuj. Zobaczymy.
poniedziałek, 7 września 2009
Piękni dwudziestoletni.
Drastyczna zmiana pogody zaowocowała w praktyce pojawieniem się tzw. "dni skupienia". Ogólna czujność jednostek drastycznie wzrosła, wszelkie więc bodźce ze świata zewnętrznego trafiały wprost do głowy, wywołując niekończące się domino myśli. Jest to także czas kompleksowego katalogowania przemyśleń i żmudnej defragmentacji pamięci. Na szczęście w samą porę nastąpiły urodziny naszego przyjaciela Krzysia, które dawały nam pewną szanse na wyrwanie się z tej całej, męczącej spirali myślenia. Bo jak człowiek myśli za dużo, to od razu coś wymyśli i od razu problem. Postanowiliśmy się więc upić. A co. Korzystając z naszego doświadczenia oczywiście cel zrealizowaliśmy, nawet rzecz by można.. ponad normę. Sobota przywitała mnie dosyć wyrazistym kacem, który na swoje nieszczęście spożytkowałem na lekturę Marka Hłasko. Pewna forma autobiografii o tytule ukradzionym w tytule tej notki jest jedną z dziwniejszych książek w mojej karierze. Najprawdopodobniej wynika to z prostego faktu, że z poważną literaturą współczesną miałem tyle wspólnego co nic. Generalnie postanowiłem się jednak poprawić i nawet bym zaczął, od "Popiołu i diamentu" np. Wracając jeszcze do samego pana Hłasko. Był on bandziorem, pijakiem, oszustem, donosicielem, awanturnikiem, ale także świetnym pisarzem i to już od młodych lat. Od razu, więc jak bumerang powróciła moja ulubiona myśl de-motywująca - że nic w życiu nie dokonałem. Przecież tylu jest geniuszów, którzy w wieku 20 lat dokonywali już cudów. A ja nie. Nie mogę nawet sobie wyjaśnić dlaczego wymagam od siebie geniuszu, będąc zapewne jedynie człowiekiem wyjątkowo przeciętnym. Tudzież co dobija mnie bardziej "ponad przeciętną". A tu żadnych życiowych dokonań. Oczywiście ktoś tam pewnie cieszył by się, że cyknął maturkę, poszedł na studia i dzięki temu może kiedyś będzie budował czołgi, którymi będą rozjeżdżać się murzyni, ale dla mnie dalej jest to absolutnie przeciętne. Tysiące projektów z przed lat, które mają mizerną szanse na realizacje i wizja przeciętnego, wygodnego życia zdecydowanie skłaniają mnie do pozostania w łóżku i nic nie robienia.
A na świecie tylu geniuszów.
Wy też tak macie, czy tylko ja mam nasrane w głowie przez całą kulturę masową?
Na następną notkę obiecałem sobie, że napisze coś śmiesznego. Będzie zatem pierwszy odcinek "Studniarza" :) Pozdrawiam, miłego dnia życzę i.. nie ma to jak poniedziałek...
A na świecie tylu geniuszów.
Wy też tak macie, czy tylko ja mam nasrane w głowie przez całą kulturę masową?
Na następną notkę obiecałem sobie, że napisze coś śmiesznego. Będzie zatem pierwszy odcinek "Studniarza" :) Pozdrawiam, miłego dnia życzę i.. nie ma to jak poniedziałek...
Subskrybuj:
Posty (Atom)