piątek, 19 czerwca 2009

Que pasa?

Ostatnio towarzyszy mi myśl, że chyba nadszedł czas, kiedy musze się samookreślić, po co to wszystko tutaj wypisuje. Pominę oczywiście moje krótkie dygresje odnośnie otaczającej nas rzeczywistości, bo generalnie ssą pałę. Mam na myśli raczej moją ulubioną ostatnimi czasy grafomanie, czyli dziwną historię w kawałkach.

Dziwna to ona jest na pewno i przekonał się o tym każdy, kto przeczytał choćby jej kawałek. Bezosobowa świadomość zbiorowa, przemierza bez przestrzeń w całkowitym bez czasie? Do tego minimalistyczne, spartańskie, nic niemówiące opisy miejsc i sytuacji. Ot taki bełkocik. Większość zapewne uważa także, że są nieźle spedalone i pewnie sam bym doszedł do takiego wniosku.
Ale ostatecznie nie pisze ich dla publiki, bo takowej nie posiadam, tylko dla samego siebie, gdyż całkiem zajebiście można sobie poukładać myśli w głowie, kiedy zamieni się je w symbolikę i pogmatwaną metaforę. Łatwiej nabrać dystansu do pewnych wydarzeń, kiedy patrzy się na nie z boku i w nieco innym świetle. Ale jeżeli już ktoś to czyta i być może na swój sposób interpretuje, czy wyobraża sobie ten zbiór obrazków to całkiem mi miło. Ba, mogę się nawet dowartościować, czy coś. Mam tylko jedną prośbę, jeżeli macie zamiar przeczytać SPB, to zróbcie to chronologicznie, czyli mówiąc po ludzku - od początku do końca, a nie odwrotnie…

czwartek, 18 czerwca 2009

„Szlak przegranych bitew” V

Miasto całkowicie zawładnęło naszą psychiką. Sam niepokojący fakt jego istnienia w sercu tego pustkowia wystarczał, abyśmy nie byli w stanie choćby zmrużyć oka. Szerokie aleje przecinały imponujące zabudowania z czarnego jak noc granitu. Mimo, iż same szkielety budynków nie zdradzały w ogóle niszczącego upływu czasu, to jednak były one absolutnie jedynymi pozostałościami dawnej metropolii. Wskazywać by to mogło, iż dawni mieszkańcy opuścili to miejsce setki, a być może nawet tysiące lat temu. Minęło już kilka dni, ale wciąż im głębiej zapuszczaliśmy się w otaczające nas ruiny, tym większy przepełniał nas strach. W dzień poruszaliśmy się zwartą kolumną naprzód, nocą zaś oglądaliśmy płaskorzeźby wyryte we wszechobecnym granicie. Były one jedynym świadectwem dawnej cywilizacji, jedynym znakiem, jaki zostawiła ona na świecie, wszystko inne zapewne dawno obróciło się w pył. Ogarniało nas coraz silniejsze uczucie dezorientacji, która powoli przeradzała się w bliżej nieokreślony stan ducha. Motywy wyryte w kamiennych portalach, wielkich salach i ciasnych korytarzach wydawały się tak bardzo znajome. Coraz wyraźniej rysowała się przed nami wizja przeszłości tego miasta. Przeszłości, która bezsprzecznie łączyła się z naszą własną. W naszych głowach na dobre zagościła jedna, uporczywa, myśl. Tak. Zostaliśmy zdradzeni.