Wieczory - są to wyjątkowo krótkie chwile, kiedy jestem naprawdę sam na sam, z moimi wyjątkowo płytkimi przemyśleniami i wątpliwymi zarzutami na temat otaczającego mnie świata. Czas, kiedy doceniam złożoność rzeczywistości przez pryzmat własnej niezdolności do choćby powierzchownego pojęcia jej istoty. Liczę zatem na pomoc tych kilku osób, które jestem w stanie wciągnąć w tą krótką polemikę - ludzi mojego pokolenia. Jakiego pokolenia?
Urodziliśmy się po Czarnobylu, ale przed Wiedervereinigung, w środku przemian, które nie były naszym udziałem. Nie byliśmy świadomi sytuacji, jaka miała miejsce na początku lat 90’ - nie rozumieliśmy nic z rodzącego się kapitalizmu, ale nie poznaliśmy też wcześniej socjalizmu. Dziećmi byliśmy, gdy Kinder niespodzianka była droga, a ludzka praca wyjątkowo tania. Byliśmy jedynymi, którzy naprawdę zauważyli jak szybko zmienia się nasz świat, z tego prostego powodu, że nasze głowy nie były jeszcze zaśmiecone schematami, takimi jak pogoń za pieniądzem i pierdołami. Obserwowaliśmy, więc jednocześnie tysiąc sprzeczności. Asfaltowe chodniki stawały się kostkowe, Supersam stał się Luxem, a rower „reksio” stawał się powoli rowerem górskim. Nie mogliśmy zrozumieć, czemu kolorowa ciężarówka przyjeżdża na parking i sprzedaje lody, wygrywając swoją śmieszną melodyjkę, mimo, że lodów pod dostatkiem jest w pobliskim sklepie. Jak mogliśmy zrozumieć skomplikowane mechanizmy ekonomiczne rządzące tamtym światem? Chodziliśmy, więc po parkingu i zaglądaliśmy każdemu autu ile km/h ma na liczniku, a w telewizji leciały „Dwa Światy”, "Power Rangers" i „Dragon Ball”. Mieliśmy też własną „bazę” w krzakach. A ja z Kubkiem zostaliśmy najlepszymi kumplami. Malowano klatki bloków i ławki, tynkowano domy. Legendarne były gumy shocki, chipsy maczugi, oranżada kaskada i lody lulki. Wtedy też po raz pierwszy zobaczyliśmy komputer. Nie ważne, czy była to akurat Amiga, czy PC. Nikt z nas nie mógł przypuszczać nawet, jak bardzo zmieni on nasz świat za kilka lat. Dlaczego? Bo gra w „kulki” wyglądała dość niepozornie.
Kiedy kończyliśmy podstawówkę, każdy wiedział już, że ten kit, który wpierdalają nam do głowy w szkole jest gówno wart. Postęp cywilizacyjny polegał na tym, że rozpierdolili nasz plac zabaw, gdzie były te drewniane domki, ceglane wieże, mostek i wielka piaskownica, a postawili bloki dla nowobogackich. Wtedy też powstał u nas w mieście pierwszy hipermarket, a źli ludzie zburzyli WTC. Z tego dnia pamiętam akurat bardziej fakt, że przed szkołą wywaliło hydrant i woda wzbijała się w powietrze na dobre 10 metrów. Spóźniliśmy się przez to na lekcje.
Gdy apogeum osiągnęło niszczenie wszystkiego, co było nam drogie nastała recesja przełomu wieków. Dobrze zarabiał za to koleś z „Sonica”, który sprzedawał nam piraty za 20zł za płytkę. Komputer stał się religią. Naprawdę było kiedyś tak, że przesiadywaliśmy na komputerze godzinami, mimo, że nie wiedzieliśmy, co to Internet. On z resztą też wydarł w naszej psychice głębokie ślady, gdyż długo, długo, jako jedyni w domu potrafiliśmy go obsługiwać, ponieważ nie było wtedy jeszcze naszej-klasy. Co z tego, skoro było Diablo, Red Alert, Half-life, czy Jedi Knight?! Poznałem też wtedy kilku wielkich przyjaciół. Razem oglądaliśmy też te różne pierdoły w TV u Morcina w pokoju, bo miał kablówkę.
Poszliśmy, więc do gimnazjum, a jedyne, co się zmieniło to Diablo - na Diablo II, a Red Alert - na Tiberian Suna. Wkrótce potem modem ewoluował w ISDN. Setki godzin spędzone przed komputerem rosły w tysiące, a tysiące chyba w miliony. Z drugiej zaś strony gimnazjum nauczyło nas, że nie ważne jak bardzo będziemy się opierdalać i tak będzie dobrze. Siedzieliśmy, więc na schodach, graliśmy na gitarze i zdaliśmy te debilne testy najlepiej z klasy. Przy okazji doszliśmy w naszej praktyce poznania do hasła „alkohol”, oraz „zapierdalanie czekolad z biedronki”. Miałem szczęście poznać na mojej drodze kolejnych wspaniałych ludzi. Oddano do użytku basen Karpik, a my zaczęliśmy czytać książki o niczym, grać w gry fabularne, chodzić do kina, i coraz bardziej szydzić z tego durnego systemu edukacji. Coś z pogranicza oświeconego dekadentyzmu, albo optymistycznego nihilizmu, jakkolwiek nie miałoby to sensu. Zmiany zachodziły coraz szybciej, pozostawiając po sobie chaos, w którym czuliśmy się jak ryby w wodzie. Nie przytoczę tu nawet części naszych grzeszków, gdyż lepiej będzie, gdy na zawsze pozostaną tajemnicą. Ogólnie to zaczął działać youtube, zmarł papież i nie było jeszcze visty.
4te Liceum ogólnokształcące to było coś. Szybko rozgryźliśmy system działania tego typu szkół o wysokim poziomie. Ich struktura pozwalała opierdalać się o wiele bardziej efektywnie niż w gimnazjum. Przyznam, bawiło nas to jak roznosimy to pseudo-elitarne pieprzenie o niczym na kawałki. Zdawanie wszystkiego wymagało od nas 5% zaangażowania, a resztę poświęcaliśmy innym inicjatywom – od jeżdżenia starym motorem marki WSK po okolicznych wioskach, po projektowanie gier komputerowych w kilku nieźle zapowiadających się projektach internetowych, o piciu piwa nie wspominając. Wydawać by się mogło, że nasze pokolenie sięgnęło dna, ale to wyjątkowo powierzchowna ocena. To był prawdziwie bezcenny okres. Chłonęliśmy informacje jak gąbki - setki naszych zainteresowań, nowe znajomości, wszechstronne doświadczenia, sukcesy i niezliczone porażki. Gdyby nie ten okres, z całą pewnością, nigdy nie bylibyśmy tacy jak teraz. To nasze opierdalanie powoli ewoluowało w prawdziwe zaangażowanie w różnorakie sprawy. Każdy z nas znalazł w końcu swego sensei, swoją pasję i swoje pierwsze stałe miejsce na ziemi. Nasz byt zaczynał przynosić coraz bardziej wymierne korzyści. W niepojętym tempie rozwijaliśmy się w niezliczonej ilości kierunków. Maturka? Oczywiście całkiem świetnie poszła - droga w przyszłość stanęła przed nami otworem. Ponadto Kosowo ogłasza niepodległość, podobnież jak Boguchwała, która zyskuje prawa miejskie, a ludzie nie wiedzą jeszcze, że po wielu latach finansowej hossy, zaraz przyjdzie wielki kryzys i zabierze im ich DVD powodując zbiorową psychozę i globalną panikę.
Dla mnie osobiście to był szczęśliwy czas. Czas przyjaźni, miłości i epickich imprez. Czy z tamtej perspektywy byłoby trudno uwierzyć mi w mój dzisiejszy system wartości i spojrzenie na świat? Chyba byłem wszystkiego zbyt pewien i zbyt długo nie mogłem uwierzyć w to, co uległo zmianie. Dorośliśmy? Nie sądzę. Tak czy inaczej, wiele się zmieniło. Ale jedna rzecz z tego zbioru luźnich przemyśleń jest pewna - moje kilkunastoosobowe pokolenie to najlepsza rzecz jakiej doświadczyłem.
A jakie jest wasze pokolenie??