niedziela, 20 grudnia 2009

Pokolenie

Wieczory - są to wyjątkowo krótkie chwile, kiedy jestem naprawdę sam na sam, z moimi wyjątkowo płytkimi przemyśleniami i wątpliwymi zarzutami na temat otaczającego mnie świata. Czas, kiedy doceniam złożoność rzeczywistości przez pryzmat własnej niezdolności do choćby powierzchownego pojęcia jej istoty. Liczę zatem na pomoc tych kilku osób, które jestem w stanie wciągnąć w tą krótką polemikę - ludzi mojego pokolenia. Jakiego pokolenia?

Urodziliśmy się po Czarnobylu, ale przed Wiedervereinigung, w środku przemian, które nie były naszym udziałem. Nie byliśmy świadomi sytuacji, jaka miała miejsce na początku lat 90’ - nie rozumieliśmy nic z rodzącego się kapitalizmu, ale nie poznaliśmy też wcześniej socjalizmu. Dziećmi byliśmy, gdy Kinder niespodzianka była droga, a ludzka praca wyjątkowo tania. Byliśmy jedynymi, którzy naprawdę zauważyli jak szybko zmienia się nasz świat, z tego prostego powodu, że nasze głowy nie były jeszcze zaśmiecone schematami, takimi jak pogoń za pieniądzem i pierdołami. Obserwowaliśmy, więc jednocześnie tysiąc sprzeczności. Asfaltowe chodniki stawały się kostkowe, Supersam stał się Luxem, a rower „reksio” stawał się powoli rowerem górskim. Nie mogliśmy zrozumieć, czemu kolorowa ciężarówka przyjeżdża na parking i sprzedaje lody, wygrywając swoją śmieszną melodyjkę, mimo, że lodów pod dostatkiem jest w pobliskim sklepie. Jak mogliśmy zrozumieć skomplikowane mechanizmy ekonomiczne rządzące tamtym światem? Chodziliśmy, więc po parkingu i zaglądaliśmy każdemu autu ile km/h ma na liczniku, a w telewizji leciały „Dwa Światy”, "Power Rangers" i „Dragon Ball”. Mieliśmy też własną „bazę” w krzakach. A ja z Kubkiem zostaliśmy najlepszymi kumplami. Malowano klatki bloków i ławki, tynkowano domy. Legendarne były gumy shocki, chipsy maczugi, oranżada kaskada i lody lulki. Wtedy też po raz pierwszy zobaczyliśmy komputer. Nie ważne, czy była to akurat Amiga, czy PC. Nikt z nas nie mógł przypuszczać nawet, jak bardzo zmieni on nasz świat za kilka lat. Dlaczego? Bo gra w „kulki” wyglądała dość niepozornie. 

Kiedy kończyliśmy podstawówkę, każdy wiedział już, że ten kit, który wpierdalają nam do głowy w szkole jest gówno wart. Postęp cywilizacyjny polegał na tym, że rozpierdolili nasz plac zabaw, gdzie były te drewniane domki, ceglane wieże, mostek i wielka piaskownica, a postawili bloki dla nowobogackich. Wtedy też powstał u nas w mieście pierwszy hipermarket, a źli ludzie zburzyli WTC. Z tego dnia pamiętam akurat bardziej fakt, że przed szkołą wywaliło hydrant i woda wzbijała się w powietrze na dobre 10 metrów. Spóźniliśmy się przez to na lekcje.

Gdy apogeum osiągnęło niszczenie wszystkiego, co było nam drogie nastała recesja przełomu wieków. Dobrze zarabiał za to koleś z „Sonica”, który sprzedawał nam piraty za 20zł za płytkę. Komputer stał się religią. Naprawdę było kiedyś tak, że przesiadywaliśmy na komputerze godzinami, mimo, że nie wiedzieliśmy, co to Internet. On z resztą też wydarł w naszej psychice głębokie ślady, gdyż długo, długo, jako jedyni w domu potrafiliśmy go obsługiwać, ponieważ nie było wtedy jeszcze naszej-klasy. Co z tego, skoro było Diablo, Red Alert, Half-life, czy Jedi Knight?! Poznałem też wtedy kilku wielkich przyjaciół. Razem oglądaliśmy też te różne pierdoły w TV u Morcina w pokoju, bo miał kablówkę.

Poszliśmy, więc do gimnazjum, a jedyne, co się zmieniło to Diablo - na Diablo II, a Red Alert - na Tiberian Suna. Wkrótce potem modem ewoluował w ISDN. Setki godzin spędzone przed komputerem rosły w tysiące, a tysiące chyba w miliony. Z drugiej zaś strony gimnazjum nauczyło nas, że nie ważne jak bardzo będziemy się opierdalać i tak będzie dobrze. Siedzieliśmy, więc na schodach, graliśmy na gitarze i zdaliśmy te debilne testy najlepiej z klasy. Przy okazji doszliśmy w naszej praktyce poznania do hasła „alkohol”, oraz „zapierdalanie czekolad z biedronki”. Miałem szczęście poznać na mojej drodze kolejnych wspaniałych ludzi. Oddano do użytku basen Karpik, a my zaczęliśmy czytać książki o niczym, grać w gry fabularne, chodzić do kina, i coraz bardziej szydzić z tego durnego systemu edukacji. Coś z pogranicza oświeconego dekadentyzmu, albo optymistycznego nihilizmu, jakkolwiek nie miałoby to sensu. Zmiany zachodziły coraz szybciej, pozostawiając po sobie chaos, w którym czuliśmy się jak ryby w wodzie. Nie przytoczę tu nawet części naszych grzeszków, gdyż lepiej będzie, gdy na zawsze pozostaną tajemnicą. Ogólnie to zaczął działać youtube, zmarł papież i nie było jeszcze visty. 

4te Liceum ogólnokształcące to było coś. Szybko rozgryźliśmy system działania tego typu szkół o wysokim poziomie. Ich struktura pozwalała opierdalać się o wiele bardziej efektywnie niż w gimnazjum. Przyznam, bawiło nas to jak roznosimy to pseudo-elitarne pieprzenie o niczym na kawałki. Zdawanie wszystkiego wymagało od nas 5% zaangażowania, a resztę poświęcaliśmy innym inicjatywom – od jeżdżenia starym motorem marki WSK po okolicznych wioskach, po projektowanie gier komputerowych w kilku nieźle zapowiadających się projektach internetowych, o piciu piwa nie wspominając. Wydawać by się mogło, że nasze pokolenie sięgnęło dna, ale to wyjątkowo powierzchowna ocena. To był prawdziwie bezcenny okres. Chłonęliśmy informacje jak gąbki - setki naszych zainteresowań, nowe znajomości, wszechstronne doświadczenia, sukcesy i niezliczone porażki. Gdyby nie ten okres, z całą pewnością, nigdy nie bylibyśmy tacy jak teraz. To nasze opierdalanie powoli ewoluowało w prawdziwe zaangażowanie w różnorakie sprawy. Każdy z nas znalazł w końcu swego sensei, swoją pasję i swoje pierwsze stałe miejsce na ziemi. Nasz byt zaczynał przynosić coraz bardziej wymierne korzyści. W niepojętym tempie rozwijaliśmy się w niezliczonej ilości kierunków. Maturka? Oczywiście całkiem świetnie poszła - droga w przyszłość stanęła przed nami otworem. Ponadto Kosowo ogłasza niepodległość, podobnież jak Boguchwała, która zyskuje prawa miejskie, a ludzie nie wiedzą jeszcze, że po wielu latach finansowej hossy, zaraz przyjdzie wielki kryzys i zabierze im ich DVD powodując zbiorową psychozę i globalną panikę. 


Dla mnie osobiście to był szczęśliwy czas. Czas przyjaźni, miłości i epickich imprez. Czy z tamtej perspektywy byłoby trudno uwierzyć mi w mój dzisiejszy system wartości i spojrzenie na świat? Chyba byłem wszystkiego zbyt pewien i zbyt długo nie mogłem uwierzyć w to, co uległo zmianie. Dorośliśmy? Nie sądzę. Tak czy inaczej, wiele się zmieniło. Ale jedna rzecz z tego zbioru luźnich przemyśleń jest pewna - moje kilkunastoosobowe pokolenie to najlepsza rzecz jakiej doświadczyłem.

A jakie jest wasze pokolenie??

piątek, 4 grudnia 2009

Absolutnie off'owa notka dla wtajemniczonych.

NOWE: Babka z filmika, ludzie w mieście gadający o winie, gostek wymyślający kuesty za miastem, nikczemny piekielny ptak gromu w nocy walka jedyna w grze, walka, seed, tesco –regały, picka, promocja, miecz, staty: małe elementy, śladowe ilości orzechów i źródło fenelelenene, rozmowa inkwizytora i klasztornego maga, wampir na wózku, instalacja: piracka wersja, czy normalna ?, Staty: ile przeszedłeś, ile razy miałeś katar ile kiłe, gachu w klasztorze ruchający w dupe, Instalka: czy zgadzasz się sprzedac dusze, wpadniemy Ci na chatę.. , nie- a to truno, ale możesz Se zagrac, znaj laskę pana, Ebay –siedząc w karczmie przychodzi listonosz i przynosi paczkę dla goscia w której jest super zbroja +7 do czegos, która przelicytowal 30 s przed koncem –niezla okazja, podatek dla bohaterow, wykrzyknik nad postaciami, Rozmowa, gdzie postacie tła nie dają Ci dojsc do glosu jak w Diablo zakonczona –KURwa, ja tu tylko list przyniosłem, nazwy itemow: jak z diablo –wężowy żmijowy plaszcz mocy z 1000 statow, staty postaci –chemiczne pranie dywanow, numerek z niezapelniajacym się inventory, nurkowanie, plywanie, chaftowanie w plytowych zbrojach, szczur z kredensem, ball i kredens, brama piekieł –on / off, bezsensowny ciag questow. 

poniedziałek, 9 listopada 2009

Księga czarna I

Świat z początku XXI wieku był przedziwnym tworem. Wielkim i niespójnym konglomeratem zbiorowych urojeń. Przepotężne korporacje posiadały władzę wtłaczania ludziom do głowy idei, poglądów, a nawet codziennych potrzeb. Ich moc ukierunkowywania ludzkiej psychiki wynikająca z niewyobrażalnych pieniędzy, popychała cały świat w coraz większe absurdy, a mimo to wszyscy ślepo poddawali się tej manipulacji. Przedziwne nieprawdaż? 500 ludzi posiadało majątek większy niż wszyscy inni mieszkańcy ziemi. Kult pieniądza i związanej z nim władzy rósł w siłę wraz z wszechobecną manią konsumpcji. Istota działania tego systemu zakładała, że można wykreować za pomocą środków przekazu potrzebę wśród ludzi, a potem ją zaspokajać -jakkolwiek bezsensowna by ona nie była. Tego stanu rzeczy nie można nazwać z całą pewnością mianem zwykłego hedonizmu, był to mechanizm zdecydowanie prymitywniejszy. Co więcej, prymitywizm ten wciąż przybierał na sile. Nie długo trwało, bowiem zdefiniowanie zasady, iż towar tyczący się najprostszych, najbardziej zwierzęcych potrzeb człowieka, wtłacza się do jego głowy najprościej. Momentami chciałbym nawet byście mogli ujrzeć wielkie centra handlu z tamtych czasów, z ich światłami, kolorowymi reklamami i wielkimi tłumami ludzi, którzy zwracali się ku nim, niczym ku dawnym, zapomnianym bożkom. Ten zbiorowy trans otumanionych dusz goniących za cielesnym pięknem, chwilową przyjemnością, życiem na pokaz, zabierał ostatnim wolnym ludziom całą nadzieje i wiarę. Nic jednak nie trwa wiecznie. System ten wydawał się współczesnym ludziom tak trwałym monolitem, iż nigdy nawet nie przypuszczali jak szybko nadejdzie jego kres. Miliony powiązań kapitału i informacji przypominały wielki domek z kart. Imponujący, bo stworzony ludzką ręką, misterny. Niestety pozbawiony choćby jednej karty domek obraca się w chaos. To oni, nieświadomie całkiem, wsadzili nam w rękę broń. My tylko pociągnęliśmy za spust. Naprawdę nikt nie przypuszczał, że koniec tej określanej, jako wspaniała cywilizacji, nie zrodzi się z wojny atomowej, ani innego kataklizmu, tylko najzwyczajniej wytrącona z równowagi upadnie i rozbije się w drobny mak. Najwidoczniej potężne korporacje nie były jeszcze gotowe do sprawowania władzy w świecie, być może ich triumf nadszedł za szybko. Zdecydowanie trudno tu o jednoznaczną ocenę. Czy czuję się źle z powodu odpowiedzialności, jaką wtedy wziąłem na siebie? Być może powinienem, ale nie. Chwila, w której odebraliśmy im to złudne, irracjonalne poczucie bezpieczeństwa. Moment, kiedy zwróciliśmy stworzoną przez nich technologię przeciwko im samym, kiedy niewielka grupa wygrała z wielką machiną. Świat stanął w ogniu, takie było nasze życzenie. To jednak nie koniec. Gruzy, które nas otaczają, martwe szkielety wielkich drapaczy chmur z przed lat, beton i stal, to wszystko nie koniec, lecz sam początek. Teraz czeka nas długa wojna o to jak wyglądać będzie przyszłość, a jej wyniku niestety sam nie jestem pewien. 

środa, 4 listopada 2009

Rubieże, krótkie opowiadanko.

Dziś będzie coś zupełnie innego, chyba nie jestem jeszcze w stanie sprostać scenie łóżkowej Studniarza :D Enjoy!

"Rubieże, krótkie opowiadanko"

Kwadrant EY-90, sektor Julius Cezar, dalekie Rubieże. 


16.3.2327 r. 07.36 – ok. 1 godziny po przegranej przez siły Rewolucjonistów bitwy o horyzont zdarzeń J.A. Wheeler EH-067C4. 



-Wrzucić jeden-jeden na chłodzenie stosu, zwiększyć ciąg do jeden-osiem g! – Rozkaz przeszył powietrze mostka dowodzenia fregaty KTA-6 „Catherine”. Kapitan nie oderwawszy wzroku od dziesiątek wskaźników jaśniejących nad pulpitem, dodał już zdecydowanie ciszej. – I oby ta puszka to jeszcze chwilę wytrzymała…

Był najmłodszym kapitanem okrętu tej klasy w całej flocie, a być może w całym sektorze. Zdecydowanie był cholernie dobry w tym co robił, ale mimo to wcale nie był pewien, czy tym razem uda mu się uratować okręt i własną dupę. Statek przecinał bezkresną przestrzeń z prędkością blisko 11 km na sekundę, stale przyśpieszając. Nie byłby to zły wynik, gdyby nie fakt, że pościg poruszał się znacznie szybciej, co dobitnie ukazywały wskaźniki śledzące. W dodatku manewr wymijający nie wchodził zupełnie w tym wypadku w grę – 13 tysięcy ton masy spoczynkowej Catherine skutecznie stawiało opór potężnym sinikom w przypadku próby nawrotu, którego promień wynosił przy obecnej prędkości minimum 8 tyś kilometrów. 

-Za dużo… Tamci zejdą poniżej 6. I to luźno. –Pomyślał, ale z powodu braku planu alternatywnego oddał manewr zwrotu do wyliczenia przez systemy pokładowe. Przestrzeń nad pulpitem zajaśniała momentalnie od wyników symulacji. –Niech to szlag, gorzej.

Wskaźniki dalekiej analizy przestrzeni też nie raczyły pokazywać dobrych wieści, przed nimi tylko pustka, pola lekkich zagęszczeń jonów wapnia i… pustka. A za nimi pobojowisko niedawnej bitwy i dwie fregaty Syndykatu, które uparły się ścigać go do upadłego. Ewidentnie kiepski dzień. Niestety czasu na głębsze rozmyślania było zdecydowanie za mało, każda sekunda pracy stosu pod takim obciążeniem przybliżała ich do spektakularnej katastrofy. Co prawda uszkodzenia nabyte w bitwie nie były szczególnie niepokojące w obecnej sytuacji, ale sam wiek i stopień wyeksploatowania jego ukochanej kupy żelastwa już zdecydowanie tak. Sam nawet nie wiedział ile ta jednostka ma wysłużonych lat. Z resztą było to raczej trudne do jednoznacznego określenia, gdyż obecny reaktor i stos pochodziły z innego statku, podobnie jak komputery i systemy ogniowe. Był pewien, ze niektóre części na tym okręcie były o wiele starsze od niego. A w obecnej chwili wskaźnik mocy teoretycznej reaktora przekracza nieprzekraczalne 4 GW, a stos najprawdopodobniej niedługo wyparuje.

Idealne warunki do manewrowania. –Ta myśl rozbawiła go w pierwszym momencie, ale nagle zdał sobie sprawę, że faktycznie jest tylko jedna szansa na wydostanie się z tej opresji. – Do trybu bojowego! Przygotować się do 180 i otwarcia ognia!

Przegrzanie stosu i samego reaktora dawało zapewne taki szum, że detektory czułe na statkach syndykatu nawet nie wyłapią, jak ładują szyny dla uzbrojenia. Plan niemal doskonały, byle tylko nie wylecieli w międzyczasie w powietrze. Catherine zaczęła stopniowo zmniejszać prędkość na wstecznym ciągu. Wrogie fregaty zbliżały się zupełnie jakby kierowane planem kapitana. Symulacja ataku jaśniała już gotowa do realizacji. Byle tylko te sukinsyny nie strzeliły pierwsze. Ale nie, oni już czują się zwycięzcami, wyłączyli już myślenie. Podchodzili najzwyczajniej, przodem. Głupcy. 

Gdy odległość spadła do krytycznych 300 km, białe do tej pory linie nad pulpitem mostka zmieniły barwę na czerwoną. Kapitan uśmiechnął się w naprawdę nieprzyjemny sposób. Wiedział dokładnie jak nieprzyjemny może być jego uśmiech w takich chwilach, ale zupełnie nie zamierzał się powstrzymywać. To była chwila triumfu. Catherine dokonała błyskawicznego obrotu o 180 stopni, a jej dziobowe uzbrojenie odezwało się z pełną mocą wystrzeliwując raz po raz pociski, które w ułamku sekundy z potężną silą dopadły przednich pancerzy fregat syndykatu. Lśniące smugi znaczące tor lotu rozpędzonych do niewyobrażalnych prędkości pocisków były widoczne nie tylko na powierzchni symulacji na mostku, ale także realnie w samej przestrzeni. Systemy obronny aktywnej wrogich fregat były bez szans na reakcje, pancerz zaś – słabszy niż na ich powierzchniach bocznych skazany był na zagładę wraz z całym okrętem. Systemy symulacyjne Catherine zarejestrowały jedynie fakt trafienia obranych celów, a następnie dwa wybuchy o sile ok. 10kt, po czym ekran symulacji zmienił kolor z powrotem na biały. 

-Lepszy był by zielony…- Pomyślał Kapitan przez chwile z wyraźną satysfakcją. Teraz mogli wyhamować okręt, zmniejszyć obciążenie reaktora i stosu i naprawić najpilniejsze uszkodzenia. Niestety to nie koniec na dziś. –Reaktor 2 GW, nawrót z dośrodkowym zero-pięć g, opanujcie jakoś temperaturę stosu. – Zawahał się, ale trwało to mniej niż ułamek sekundy. - Wracamy za Wheeler’a, ktoś z naszych musiał przeżyć…

niedziela, 25 października 2009

STUDNIARZ S01E02

Doktor badał wzrokiem okolicę wejścia do "budynku" w poszukiwaniu dzwonka. Odsunął się, wykrzywił usta w bezradnym grymasie. Zapukanie też nie wchodziło w grę z uwagi na prozaiczny fakt braku samych drzwi. Zastępowała je aktualnie brudna szmata, zawieszona na drucie elektrycznym, zwisającym z sufitu. Można by rzec, że spełniała większość postulatów, jakie spełniały by same drzwi, niestety poza pukaniem. Doktor zawahał się po raz kolejny. 

-Kurw. Pięć lat studiów, pół semestru doktoratu i takie upodlenie... - Doktor sięgał już by uchylić nieco śmierdzącą kapę, kiedy nagle stanęła w nich prze-ogromna postać

Kolos ów liczył sobie chyba ponad 2 metry wzrostu, i tyleż samo szerokości. Długie czarne włosy opadały mu na umięśnione ramiona. Oceniając po muskulaturze ważył pół tony. Całości dopełniał goły tors i skórzany pas biodrowy, będący jego jedynym ubiorem.

-E... Kurwa. E. Pan Studniarz? - Chwilowe kłopoty w werbalizacji myśli wydawały się mu w obecnej sytuacji całkowicie normalne. 

Golem popatrzył na Doktora przez dłuższą chwilę. Ani jeden mięsień na jego twarzy nie drgnął. Po czym odwrócił się i zawołał donośnie w kierunku wnętrza chaty

-Panie! Ktoś przybył.

Setki myśli krążących po głowie Doktora w związku z całokształtem zaobserwowanej sytuacji, stanęło nagle w jednej chwili, gdy w drzwiach pojawiła się druga postać. Trudno znaleźć odpowiednie słowa by opisać jej wygląd. Jedyne co przyszło Doktorowi do głowy to, to że spotkany wczoraj w knajpie dziad powinien, w porównaniu z oglądanym właśnie człowiekiem, trafić na okładkę magazynu Men's Health. Jakby same kości, żyły i pomarszczona skóra zyskały wolę życia. W końcu Studniarz przemówił.

-To jam. - Pociągnął solidną mele i splunął kawałek obok. -Co trza?

-Eee. Mam Cthulhu. Endemiczne. 

-Gdzie? -Studniarz wyszczerzyłby zapewne w tym momencie zęby, niestety ich nie posiadał i mina ta wyszła nadwyraz nieprzyjemnie. 

-No.. W studni.

-Kurrwa. Nie ważne. Wezmę to robotę. Zapłata ta sama od zawsze. Cysorz Ferdynont ustanowił 15 guldenów i ścierwo gadziny.

-E. Ok. Tzn. Dobrze. Umowa stoi. -Doktor odchrząknął, gdyż dopiero teraz zauważył jak chrapliwy zrobił się jego głos. - Jakoś te guldeny załatwię, jade do kantora, nie wiem. A jak to ścierwo pan weźmie?

-No jak to kurwa jak? - Studniarz przystanął. Wyjął zza pazuchy pomiętego jak nieszczęście fajką i włożył go do ust. - Na żuka. - I odszedł. 

No i to by było tyle na dziś :) Miłej lekturki. A w 3 epizodzie będzie scena łóżkowa :>

czwartek, 24 września 2009

PSS

Jedną z najważniejszych cech optymistycznego podchodzenia do życia, jest zdolność do dostrzegania piękna, harmonii i dobra w najbardziej przyziemnych i pozornie całkowicie ich pozbawionych elementach miejskiego krajobrazu. Dla mnie takim przykładem jest, dobrze znana większości społeczeństwa, sieć sklepów PSS SPOŁEM.

W czasach krwiożerczego kapitalizmu, który zadręcza zwykłych ludzi pracy, a nagradza w obrzydliwe bogactwa spekulantów, oszustów, wyzyskiwaczy i resztę żydo-masonerskich spiskowców! W czasach gdy ucisk wielkich, zachodnich korporacji każe siedzieć pracownikom na kasach w pampersach i dźwigać ciężkie palety po różnorakich, imperialistycznych Biedronkach! W czasach gdy szaleńćza pogoń za klientem i fałszywa uprzejmość, mająca na celu omamić nasz rozum, kwitną w najlepsze! ...

W tych właśnie czasach wchodzę sobie do Społemiku... Panuje tu błogi spokój i odprężająca cisza. W zasięgu wzroku nie widzę żywej duszy. Czuję się nawet nieco dziwnie, jakbym wchodził do czyjegoś domu i naruszał jego prywatność. Biorę koszyczek, przemierzam sklepowe półki, nie ma na nich nic szczególnie ciekawego. Po kilku minutach stania i wpatrywania się w apetyczne mięsko, przychodzi w końcu pani ze stoiska M i jest to pierwsza (i jak się wkrótce okaże, także ostatnia) osoba z obsługi jaką dane mi jest w tym dniu poznać. Po krótkim dialogu udaje się jej oczywiście przekonać mnie, iż potrzebuje nie 20, a 30 dkg szynki, bo tak się ukroiło, a inną dostanę w kawałku, bo ciężko się kroi. Kolejne minuty oczekiwania przed stoiskiem warzywnym i podobna sytuacja, lecz tym razem pani z jakiegoś powodu wybija mi z głowy pomysł kupienia kilograma banaów, gdyż jej zdaniem nie zjem tyle i ostatecznie warzy mi pół kilograma. W końcu przychodzi czas na wizytę w kasie, gdzie ta sama pani krzyczy na mnie bardzo kulturalnie, że doładowania do komórki nie da rady zrobić, gdyż nie ma pani Krysi, a tylko ona jest po szkoleniu.

Fenomen ten dane mi było swego czasu zdemaskować. Otóż wpadłem na zakupy do PSS'a akurat kiedy zdarzyła się tam nagła kontrola z centrali. Z zaplecza wybiegło ponad tuzin kobiet z obsługi tak, że kłopot było przejść pomiędzy regałami. Znalazła się nawet pani Krysia i sama szefowa z zastępstwem, której nie widziałem nigdy na oczy. Niestety nie zdążyłem zrobić zakupów w tej podniosłej atmosferze, gdyż kontrol skończyła się tak szybko jak się rozpoczęła i wszystkie panie za wyjątkiem jednej znikły w okrytych mrokiem drzwiach na zaplecze.

Całe szczęście, że SPOŁEM jest całkowicie kryzysoodporne, hipermarketoodporne i w ogóle wiekuiste, gdyż mam nadzieje jeszcze długo podziwiać tą oazę spokoju na wezbranym oceanie pogoni za wydajnością pracy ;]



Z dedykacją dla Gosi. Mała, pocieszna, fajnie na niej leży fartuszek PSS'u i ślicznie się uśmiecha :)


Następny będzie pewnie STUDNIARZ ep. 2

wtorek, 8 września 2009

STUDNIARZ S01E01

Doktor przez dłuższą chwilę spoglądał na stojącą nieopodal ruderę, zanim zdecydował się wysiąść z auta i podążyć nieśmiało w jej kierunku. Nędzne lepianki na skraju lasu, przedstawiały obraz tak żałosny, iż z trudem zasługiwały na miano rudery. To tak, jak z kacem mordercą i pójściem do roboty. Człowiek jest pewien, że już absolutnie nic gorszego nie może się stać, by następnie boleśnie dać się z tego błędu wyprowadzić. Doktor przystanął na chwile. Jego instynkt samozachowawczy walczył właśnie z głębokim poczuciem słuszności misji, z którą tu przybył. Raz jeszcze przypomniał sobie dialog, jaki odbył podczas wczorajszej wizyty w knajpie, która to wciąż dawała o sobie znać, mimo wszelkich przedsięwziętych środków.



-Coś pan panie Marku taki jakiś wymizeriały, jak zielenina w supersamie ? - Zaczął jakby od niechcenia pan Tomasz, zwany w lokalnej społeczności jako "Żebro", dosiadając się do Doktora, który akurat siedział jako jedyny przy barze.
Był to facet ogromnej postury, którą posiąść mogą jedynie najwięksi piwosze, absolutnie wierni i oddani swemu hobby. Pochodzenie jego ksywy było co najmniej tak samo zagadkowe, jak to z czego bierze pieniądze na nieustanne chlanie.
-A tak jakoś. Problem mam.
Doktor nigdy nie należał do osób szczególnie rozpuszczających język, ale zdawkowość tej wypowiedzi była nietypowa nawet jak dla niego.
-No... Dom się już prawie skończył budować, już jadą chłopy z wykończeniówką w środku, malowanie na całego, wszystkie kurwa.. płytki... - Zaczął w końcu. - No, ale.. Z wodą jest problem.
Żebro zmrużył nieco swe bystre oczęta, co mogłoby wskazywać nawet, iż słucha swego rozmówcy w przerwach pomiędzy kolejnymi łykami piwa.
-Studnie trzeba odmulić?
Stosunkowo logiczne stwierdzenie początkowo zbiło Doktora z tropu. Zwyczajnie się go nie spodziewał. Szybko jednak powrócił na swój tok myślenia.
-Nie.. To, właściwie to nie. Chociaż nie wiem. Po prostu wysłałem jednego chłopa na dół i nie wrócił, potem drugiego, piątego. W końcu jeden wrócił, tylko, że jakoś tak.. Ryj mu urwało. Jakieś panie macki zaczęły ze studni wyłazić, chyba z tuzin, rozpierdol na budowie czynić, pchać łapy do betoniarki.
Pełne zrozumienia kiwanie głową pana Żebro oznajmiło, iż Doktor może kontynuować swoją relacje.
-No to wziąłem gada, najpierw z siekierką latałem i biłem jak głupi, ale nic. Więc postanowiłem racą na krety, że skurwysyństwo wykurzę.
-I co? Spierdolił?
-A gdzie tam.. Nawet nie zdążyłem nawrzucać. Przyszedł jakiś idiota, nie wiem skąd. Chyba z takiej organizacji co to się zajmuje pisaniem listów do różnych instytucji, żeby drogi nie budowali, bo jest jakiś rezerwat rozwielitek. I powiedział, że to jest e.. endemiczny Cthulhu, że nic mu zrobić nie można i jak się potwierdzi to mi pierdolną rezerwat 5000 tyś. km2.
-Ło kurwa! I co panie? Jak to teraz? - Żebro wyraźnie zszokowany groźbą tego przejawu eko-terroryzmu, zdążył osuczyć już cały browar i wyraźnie czekał na epilog.
-A nie wiem. Bo w sumie..
-STUDNIARZA wam trzeba panie..! - Głos z drugiego końca blatu barowego oznaczał, iż audytorium Doktora nie ograniczało się jedynie do pana Tomasza, który już z resztą stracił całe zainteresowanie sprawą i wysupływał właśnie jakieś grosze na kolejne jasne pełne. Postacią wypowiadającą słowa okazał się starszy mężczyzna. Stwierdzenie starszy mężczyzna jest tutaj nie do końca trafione, stawiał bym raczej na słowo "dziad". Miał on głos silny, zupełnie jakby dla kontrastu dla samej swej postaci. Chudy, pomarszczony, zgarbiony o twarzy nałogowego onanisty- degenerata.
-Że co? -Doktor mimo wszystko poczuł się nieco zainteresowany tą dygresją.
-Paaanie. Stara to profesja i znana niewiela. Mało ich już na zachód od Bugu. - Skrzeczący głos dziadka stracił może nieco na sile, ale wcale nie poprawiło to jego wyglądu.
-No dobra, ale gdzie ja takiego znajde? I czy to legalne jest?
-Legalne jest. Papiery wystawi, pieczęcią podbije. Wiem, że jeden żył kiedyś w Petersburgu...
-Kurwa.. Za caratu? Gdzieś bliżej nie ma?
-Fmmmm. -Czoło dziadka zmarszczyło się jeszcze bardziej. - No.. Jest jeszcze jeden w Malawie...



Doktor popatrzył raz jeszcze na swój założony cel podróży i w końcu zdecydował się ruszyć naprzód.
-Studniarz to studniarz. I chuj. Zobaczymy.

poniedziałek, 7 września 2009

Piękni dwudziestoletni.

Drastyczna zmiana pogody zaowocowała w praktyce pojawieniem się tzw. "dni skupienia". Ogólna czujność jednostek drastycznie wzrosła, wszelkie więc bodźce ze świata zewnętrznego trafiały wprost do głowy, wywołując niekończące się domino myśli. Jest to także czas kompleksowego katalogowania przemyśleń i żmudnej defragmentacji pamięci. Na szczęście w samą porę nastąpiły urodziny naszego przyjaciela Krzysia, które dawały nam pewną szanse na wyrwanie się z tej całej, męczącej spirali myślenia. Bo jak człowiek myśli za dużo, to od razu coś wymyśli i od razu problem. Postanowiliśmy się więc upić. A co. Korzystając z naszego doświadczenia oczywiście cel zrealizowaliśmy, nawet rzecz by można.. ponad normę. Sobota przywitała mnie dosyć wyrazistym kacem, który na swoje nieszczęście spożytkowałem na lekturę Marka Hłasko. Pewna forma autobiografii o tytule ukradzionym w tytule tej notki jest jedną z dziwniejszych książek w mojej karierze. Najprawdopodobniej wynika to z prostego faktu, że z poważną literaturą współczesną miałem tyle wspólnego co nic. Generalnie postanowiłem się jednak poprawić i nawet bym zaczął, od "Popiołu i diamentu" np. Wracając jeszcze do samego pana Hłasko. Był on bandziorem, pijakiem, oszustem, donosicielem, awanturnikiem, ale także świetnym pisarzem i to już od młodych lat. Od razu, więc jak bumerang powróciła moja ulubiona myśl de-motywująca - że nic w życiu nie dokonałem. Przecież tylu jest geniuszów, którzy w wieku 20 lat dokonywali już cudów. A ja nie. Nie mogę nawet sobie wyjaśnić dlaczego wymagam od siebie geniuszu, będąc zapewne jedynie człowiekiem wyjątkowo przeciętnym. Tudzież co dobija mnie bardziej "ponad przeciętną". A tu żadnych życiowych dokonań. Oczywiście ktoś tam pewnie cieszył by się, że cyknął maturkę, poszedł na studia i dzięki temu może kiedyś będzie budował czołgi, którymi będą rozjeżdżać się murzyni, ale dla mnie dalej jest to absolutnie przeciętne. Tysiące projektów z przed lat, które mają mizerną szanse na realizacje i wizja przeciętnego, wygodnego życia zdecydowanie skłaniają mnie do pozostania w łóżku i nic nie robienia.


A na świecie tylu geniuszów.


Wy też tak macie, czy tylko ja mam nasrane w głowie przez całą kulturę masową?



Na następną notkę obiecałem sobie, że napisze coś śmiesznego. Będzie zatem pierwszy odcinek "Studniarza" :) Pozdrawiam, miłego dnia życzę i.. nie ma to jak poniedziałek...

wtorek, 4 sierpnia 2009

"Szlak Przegranych Bitew" VI

Eee. Nie mam pomysłu na epilog.

piątek, 19 czerwca 2009

Que pasa?

Ostatnio towarzyszy mi myśl, że chyba nadszedł czas, kiedy musze się samookreślić, po co to wszystko tutaj wypisuje. Pominę oczywiście moje krótkie dygresje odnośnie otaczającej nas rzeczywistości, bo generalnie ssą pałę. Mam na myśli raczej moją ulubioną ostatnimi czasy grafomanie, czyli dziwną historię w kawałkach.

Dziwna to ona jest na pewno i przekonał się o tym każdy, kto przeczytał choćby jej kawałek. Bezosobowa świadomość zbiorowa, przemierza bez przestrzeń w całkowitym bez czasie? Do tego minimalistyczne, spartańskie, nic niemówiące opisy miejsc i sytuacji. Ot taki bełkocik. Większość zapewne uważa także, że są nieźle spedalone i pewnie sam bym doszedł do takiego wniosku.
Ale ostatecznie nie pisze ich dla publiki, bo takowej nie posiadam, tylko dla samego siebie, gdyż całkiem zajebiście można sobie poukładać myśli w głowie, kiedy zamieni się je w symbolikę i pogmatwaną metaforę. Łatwiej nabrać dystansu do pewnych wydarzeń, kiedy patrzy się na nie z boku i w nieco innym świetle. Ale jeżeli już ktoś to czyta i być może na swój sposób interpretuje, czy wyobraża sobie ten zbiór obrazków to całkiem mi miło. Ba, mogę się nawet dowartościować, czy coś. Mam tylko jedną prośbę, jeżeli macie zamiar przeczytać SPB, to zróbcie to chronologicznie, czyli mówiąc po ludzku - od początku do końca, a nie odwrotnie…

czwartek, 18 czerwca 2009

„Szlak przegranych bitew” V

Miasto całkowicie zawładnęło naszą psychiką. Sam niepokojący fakt jego istnienia w sercu tego pustkowia wystarczał, abyśmy nie byli w stanie choćby zmrużyć oka. Szerokie aleje przecinały imponujące zabudowania z czarnego jak noc granitu. Mimo, iż same szkielety budynków nie zdradzały w ogóle niszczącego upływu czasu, to jednak były one absolutnie jedynymi pozostałościami dawnej metropolii. Wskazywać by to mogło, iż dawni mieszkańcy opuścili to miejsce setki, a być może nawet tysiące lat temu. Minęło już kilka dni, ale wciąż im głębiej zapuszczaliśmy się w otaczające nas ruiny, tym większy przepełniał nas strach. W dzień poruszaliśmy się zwartą kolumną naprzód, nocą zaś oglądaliśmy płaskorzeźby wyryte we wszechobecnym granicie. Były one jedynym świadectwem dawnej cywilizacji, jedynym znakiem, jaki zostawiła ona na świecie, wszystko inne zapewne dawno obróciło się w pył. Ogarniało nas coraz silniejsze uczucie dezorientacji, która powoli przeradzała się w bliżej nieokreślony stan ducha. Motywy wyryte w kamiennych portalach, wielkich salach i ciasnych korytarzach wydawały się tak bardzo znajome. Coraz wyraźniej rysowała się przed nami wizja przeszłości tego miasta. Przeszłości, która bezsprzecznie łączyła się z naszą własną. W naszych głowach na dobre zagościła jedna, uporczywa, myśl. Tak. Zostaliśmy zdradzeni. 

czwartek, 28 maja 2009

Kult maszyny

Po co studiować tak archaicznie i nieprzyjemnie brzmiący kierunek studiów, jak „mechanika i budowa maszyn”? Przecież jest tyle fascynujących dziedzin techniki, jak choćby robotyka, czy cybernetyka, a ten brzmi raczej jak połączenie teorii budowy wozów drabiniastych z wiedzą na temat początków kolei żelaznej na świecie. Jak ja na to patrzę? Inżynier mechanik powołuje do życia maszyny, które są w swoich kategoriach absolutnymi działami sztuki, ponieważ łączą w sobie wielkie przeciwności, a mianowicie prostotę z geniuszem. Nie wierzysz? Sedno tej nauki stanowi wielowiekowa wiedza, oparta na perfekcyjnym doskonaleniu pozornie prostych mechanizmów. Projektując wał, lub koło zębate, które z pozoru wydają się elementami tak banalnymi, że nie warto sobie nimi zaprzątać głowy, bierze się pod uwagę setki, a może tysiące różnych zagadnień dotyczących wytrzymałości, trwałości, niezawodności, wychodząc myślą w bardzo odległą przyszłość, a raczej w tysiące wariantów tejże przyszłości. Być może nie było by to aż tak trudne, gdyby nie jeszcze jeden aspekt – ekonomia. Nasze koło zębate musi być po prostu cholernie tanie! Na końcu znajduje ono zastosowanie w pewnym samochodzie. Samochodzie, który jest swego rodzaju koronnym osiągnięciem mechaniki. Oto maszyna, która zdolna jest przejechać pół miliona kilometrów w najróżniejszych warunkach, spełniając setki różnych zastosowań, zmieniając oblicze naszego świata od ponad 100 lat. A wszystko to za ile? Za 2000 zł? A tyle właśnie zapłacimy za legendarnego Golfa, prawdziwe Wunderwaffe niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego! I tu właśnie pojawia się kult maszyny. Większość ludzi nie zastanowi się nawet, że w ciągu swego życia taki silnik z Golfa wykona ok. miliarda pełnych cykli pracy, spalając 40 tyś litrów paliwa. Nie zamyśli się nad zasadą pracy wszystkich tych zaczarowanych, magicznych, dopracowanych w każdym mikro-szczególe wałków i trybków. A to przecież banalny pomysł, żeby wykorzystać ciśnienie, jakie powstaje w trakcie dowolnego spalania. Banalny, ale dopracowany do niemożliwej wręcz perfekcji. A to tylko malutki fragment takiego naszego Golfa, kropla w morzu półosi, pierścieni, piast, przekładni, panewek, przewodów, pasków, profili… Z resztą to bez sensu. Niemożliwym zliczyć choćby same elementy składowe na „p”. 


Mechanika oddała w ręce ogółu technikę, która o lata świetlne wykracza poza ich wiedzę techniczną. Ludzie czczą kult maszyny marząc o coraz nowszych samochodach i innych urządzeniach, mając coraz mniejsze pojęcie o ich zawiłej istocie. Nie lekceważ, zatem inżyniera mechanika – kapłana kultu maszyny :)

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

„Szlak przegranych bitew” IV

Wpatrując się w nadciągającą ku nam ścianę piasku, traciliśmy cenne sekundy, które uratować mogły nas i nasz sprzęt przed zagładą. Ciemność i straszliwy huk wypełniły przestrzeń wokół nas, wślizgując się w każdy możliwy zakamarek. Straciliśmy całkowicie kontakt wzrokowy między sobą. Po raz kolejny byliśmy świadkami gniewu tej przedziwnej, ponurej krainy. Za każdym razem siła, z jaką nas karciła, zadziwiała nas na nowo. Gdy nasze oczy były szczelnie zamknięte w bezskutecznej obronie przed wszechobecnym, nacierającym ze wszystkich stron piaskiem, znów powróciło wspomnienie tamtego dnia. Staliśmy dumni, wyprostowani, przyjmowaliśmy z uśmiechem na ustach los, jaki wybraliśmy. Ile zostało w nas tamtej dumy? Skuleni, przerażeni, modlący się o przetrwanie. Słowa wyroczni, które nadały naszej przedziwnej wyprawie sens. Obietnica ochrony naszej cudownej krainy, kosztem naszego poświecenia i dążenia do celu. Wojna, którą zgodziliśmy się przegrać. 

Furia pustyni odeszła równie szybko jak się pojawiła. Czyżby nasze modlitwy zostały wysłuchane? To bez znaczenia. Znów pozbieramy pozostałych przy życiu, resztę sprzętu i ruszymy w drogę. Przed siebie. Dokładnie tak jak powiedziała wyrocznia. 

sobota, 18 kwietnia 2009

Człowiek

Człowiek uczynił sobie poddanym cały świat, zbudował cywilizacje, pokonał wszystkich wrogów (w tym także wielokrotnie sam siebie), a wszystko to dzięki temu potrafi się dostosować do każdych możliwych warunków. Nie mam na myśli oczywiście tego, w jakiej temperaturze może przeżyć, bo to pierdoły nudne i głupie, ale to jak dynamiczna jest jego psychika. Wygląda ona jak szary glucik, który przybrać może dowolny kształt. Ktoś powiedział kiedyś, że zależnie od okoliczności każdy z nas może być zarówno Hitlerem, jak i świętym. Splot okoliczności i przeżyć może ukształtować naszą psychikę zdolną do najpodlejszych czynów, jak to miało miejsce np. w łagrach, czy innych obozach zagłady. I nie chodzi to tylko o wyłącznie o tych, którzy stali na wieżyczkach, czy obsługiwali piece, ale także o tych, którzy walczyli o przetrwanie, jako skazani. Możemy, zatem kochać, a kiedy indziej – szczerze nienawidzić. Dostosujemy się idealnie do każdych warunków. Kiedy mamy, co jeść, gdzie spać, czym napędzać nasze samochody – nic nie ulega zmianie. Nie powstanie żaden nowy wynalazek mający to zmienić. Dopiero, gdy czegoś nam brakuje zaczynamy główkować, napinać się, zmieniać siebie, swoje otoczenie i ewoluować. Mamy samochody i supermarkety, ale ludzie w dżungli ich nie mieli i nie mają, bo… są im niepotrzebne. Jedzenie rośnie na drzewie, nie ma sensu chodzić nigdzie daleko. Szczycimy się naszą cywilizacją i osiągnięciami, ale to tylko wymuszone na nas próby dostosowania się. Niejeden eksperyment pokazał, że ludzie zmieniają się, gdy poczują własną władzę. To także element przekalibrowania naszej psychiki do nowych warunków. Nikt nie rodzi się dobry, nikt nie rodzi się zły, to tylko nasze późniejsze doświadczenia kształtują nas najbardziej odpowiednio do napotkanych warunków. Czasami dopiero pewna pustka uświadamia nam potrzebę kolejnej ewolucji. Bez przerwy. 

niedziela, 5 kwietnia 2009

„Szlak przegranych bitew” III

Zmrok zapadał szybko. Po upalnym, męczącym dniu, nadchodził czas na zimną, nieprzyjazną noc. To podłe miejsce, ta pustynia… Jak bardzo różni się ona od naszej cudownej krainy, której przysięgliśmy bronić. Wspomnienia tamtych czasów napawają jednocześnie radością, z drugiej zaś niepisanym żalem i smutkiem, iż niestety są one przeszłością, która już nas nie dotyczy. Często przypominają nam się piękne ogrody, które nawet w środku nocy rozbrzmiewały śpiewem ptaków. Ogrody, których woń była uosobieniem piękna i harmonii. Ogrody, które nie były efektem lat pracy ogrodników, ale czystym pięknem natury, w jakim nie sposób się nie zakochać. Czasem ogarnia nas lęk, lęk przed tym, że zapomnimy. Coraz trudniej przywołać nam do pamięci obrazy z tamtego życia, z każdym dniem, miesiącem spędzonym tutaj. Jeżeli zapomnimy… To wszystko straci sens. Decyzja, którą podjęliśmy by chronić to, co kochaliśmy nad życie, nasza misja, nasza udręka. Ale póki mamy w pamięci tamte dni, wyruszamy w dalszą drogę, jak tylko niebo na wschodzie zmieni swój kolor. 

Blogo - fotko - nasza klasa

Dlaczego różni ludzie piszą blogi internetowe? Czy to ten sam mechanizm ukryty gdzieś głęboko w ludzkiej psychice, który każe im zamieszczać swoje fotografie na wszelakich portalach społecznościowych, by inni mogli je zobaczyć i oczywiście skomentować? Czy to wszystko łączy się ze zjawiskiem, jakim niewątpliwie są opisy na gadu, które stały się polem do uzewnętrznienia małego kawałka siebie innym, prawdziwie genialnej myśli, czy ekspresji towarzyszącej nudnemu codziennemu życiu? Każdy z nas chce być zauważony, doceniony, chce się wyróżnić z tłumu, podkreślić swoją wyjątkowość?

Celem artysty mniejszego, czy to większego, fotografa, lub reżysera jest to by jego dzieło znalazło swojego odbiorcę. By było oceniane, krytykowane, by inni ludzie poznali jego tok myślenia, jego pogląd na daną sprawę, a czasem po prostu aktualne samopoczucie... By nie byli obojętni. Abstrahując teraz od pojęcia sławy, które zawsze będzie towarzyszyć twórcom, czy to nie identyczna sytuacja z opisaną powyżej? Chcąc nie chcąc, kawałek artysty jest w każdym z nas kryjąc się gdzieś głęboko w prawej półkuli. Chcemy być zauważani, doceniani, nasze dzieła mają odrzeć nas z totalnej anonimowości i szarości. Każdy zrobi to dziś kilkakrotnie, czy to decydując, w co się ubrać, czy dając opis na gadu, tworząc coś wyjątkowego, czy pisząc notkę na blogu. 

Ludzie są ze swoimi myślami samotni. Szukają w ten sposób kogokolwiek, kto myśli choć podobnie.

„Szlak przegranych bitew” II

Koryto wyschniętej rzeki przecinało pustynię, tworząc wąski kanion o stromych zboczach. Rozbiliśmy obóz chroniąc się przed południowym słońcem. Podróżowaliśmy przez tę wymarłą krainę już wystarczająco długo by dojść do prostego wniosku, iż miała ona gdzieś swój początek, lecz nie ma końca. Dni zlewały się w tygodnie, tygodnie w miesiące.

Czy kiedyś, któryś z nas myślał o tym, żeby od tego uciec, wrócić? Bez przerwy. To chyba część naszej udręki. Nasza ojczyzna, którą zostawiliśmy za sobą, najpiękniejsze miejsce na ziemi… Często jej obraz przychodzi w snach, a nawet za dnia, odrywając na dobre od rzeczywistości. Plany ucieczki i powrotu tam, mącą nasz umysł bez wytchnienia. A my wciąż idziemy, ponieważ wybór ten jest tylko bolesną iluzją. Dokonaliśmy wyboru. Pora ruszać dalej.

Żywot i śmierć Józefa Wissarionowicza

Urodzony w małej wioseczce na krańcu świata w kraju, którego położenia na mapie świata nie była by w stanie wskazać przeważająca część naszego społeczeństwa. Jego dzieciństwo było ciężkie nawet jak na tamtejsze warunki, a mimo to osiągał on doskonałe wyniki w szkole. Pisał wiersze, które zostały wysoko ocenione. Później w całości poświecił się działalności politycznej, walcząc z tyranią, która ciemiężyła od wieków jego kraj. Ten ogromny wysiłek przynosi w końcu skutek – zła władza upada, ludzie mogą odetchnąć z ulgą, są wolni. Jednakże wciąż dużo jest do zrobienia, inne narody dalej cierpią niedole, uginając się pod butem swych panów. Wkrótce nasz bohater zostaje wybrany na przywódcę, w uznaniu jego doniosłych zasług. Do ostatnich dni swojego życia postępował będzie zgodnie z obranymi przez siebie ideałami, ciesząc się ogromnym szacunkiem swego ludu.

Był on dwukrotnie nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla - w latach 1945 i 1948. Był Człowiekiem Roku 1939 i 1942 według magazynu Time. Był kochany nie tylko w granicach swego kraju, ale także przez inne narody, które nazywały go wyjątkowo przyjaźnie - Uncle Joe.

Z drugiej strony, w Księdze Rekordów Guinnessa zajmuje on pierwszą pozycję w kategorii "masowy morderca". Postrzega się go, jako jednego z największych tyranów i ludobójców w dziejach Rosji i świata. Przypisywane jest mu spowodowanie śmierci kilkunastu milionów ludzi, chociaż cyfra ta jest przez wielu historyków podważana i skłaniają się oni raczej ku kilkudziesięciu milionom. Współcześnie przypuszcza się, że był dotknięty psychopatią. To jego świadome decyzje spowodowały m.in. tzw. Wielki głód na Ukrainie (ok. 7 mln ofiar), powstanie archipelagu GUŁag (sieć obozów koncentracyjnych – ponad 40 mln ofiar), a także szereg innych masowych mordów. Sam zwykł mawiać „Jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka”.


Wnioski? Historię piszą zwycięzcy.

czwartek, 2 kwietnia 2009

„Szlak przegranych bitew”

Nie potrafię sobie przypomnieć jak długo trwa już nasz ponury marsz. Nie potrafię powiedzieć ile przebyliśmy już drogi. Może dlatego, że nigdy nie miało to znaczenia. Tamtego dnia, gdy zgodziliśmy się przyjąć to brzemię na siebie, nie wiedziałem jeszcze, co mam myśleć. Była to osobista decyzja każdego z nas. Na naszych twarzach zagościł uśmiech. Z jakiego powodu? Przecież każdy wiedział, co nas wkrótce czeka. Uśmiech, który człowiek w pewnych chwilach jest w stanie wydobyć ze środka samego siebie, gdy staje naprzeciw czegoś, co go przeraża, ale przecież właśnie patrzy temu prosto w twarz. Wyruszyliśmy. Od tamtego czasu przegraliśmy niezliczoną ilość krwawych bitew, za każdym razem zbierając pozostałych przy życiu i wyruszając w dalszą drogę. Pamiętam je wszystkie bardzo dokładnie. Wszystkie mogliśmy wygrać. Czy gdybym mógł cofnąć czas i podjąć wtedy inną decyzje, zrobiłbym to? Myślę, że nie.

Ukradłem tytuł, mea culpa.