piątek, 19 listopada 2010

Dialog

Za wiele (ściślej mówiąc - wcale) tu nie piszę ostatnio. Wyszedłem z mądrego założenia, że nie ma sensu się wzajemnie męczyć - ja pisaniem kiepskich rzeczy, a Wy czytaniem kiepskich rzeczy.


W kwestiach społecznych zaspokaja mnie wciśniecie "I like it!" na Fejsbuku, a twórczych prowadzenie pamiętnika w którym zapisuje jaka była pogada i co jadłem. O potrzebach estetycznych nie będę wspominał, bo i tak uchodzę za jakiegoś kryptogeja.


Ale do sedna... Czasem jednak coś popchnie mnie w przepaść jaką jest w moim przypadku pisanie. Na początku jest fajnie, bo się leci, ale wcześniej, czy później trzeba przykurwić w glebę.

Oto opowiadanie, które elegancko pokazuje jak nie radzę sobie z dialogami, albo mówiąc bardziej do rzeczy - z językiem polskim. Ale, że niektórzy mówili, że COŚTAM w nim jest, więc zamieszczę. Jakby ktoś miał jakieś sprytne uwagi to wczytam się w nie zawzięcie.


PDF

niedziela, 28 marca 2010

Opowiadanie

Od pewnego czasu chodziło mi to po głowie, ale dopiero wczoraj trafił się odpowiedni wieczór ku temu, żeby to przepisać. Zdecydowanie SF, ale przy tym dość nietypowe. To pierwsza rzecz jaką tak naprawdę napisałem w życiu, więc recenzje mile widziane ;)
Miłej lektury!


PDF



PS1. http://pl.wikipedia.org/wiki/Szara_maź <= lektura uzupełniająca po przeczytaniu.


PS2. Nie ma tytułu, więc wszelkie pomysły mile widziane :)

wtorek, 23 lutego 2010

STUDNIARZ S01E03

     Doktor trwał. Właściwie to trwał tak sobie kompletnym w bezruchu, niczym powietrze w zatłoczonym autobusie. I choć obserwował dokładnie całokształt rozgrywającej się na jego oczach niebywałej masakry, to jego jaźń zdecydowanie była teraz gdzieś indziej. Nie wynikało to bynajmniej z faktu popadnięcia w jakąś głębszą zadumę, ale raczej upatrywał w tym pewien rodzaj psychicznego bezpiecznika, który właśnie cichutko pstryknął w jego głowie. Kawałek ziemi, który niegdyś był jego całkiem przeciętną działką budowlaną, wyglądał jak po przejściu frontu. Każdy metr kwadratowy ziemi wywrócony został do góry nogami jak pod Verdun pamiętnego 1916. Porozrzucane w promieniu dobrych kilkudziesięciu metrów pustaki, flachy po piwie i fragmenty betonowe były jedynymi pozostałościami po jego domku, ostatnim razem widzianym gdzieś tu w świeżutkim stanie surowym. Wszystko zupełnie jakby ktoś zdetonował w jego piwnicy pierdoloną puszkę Pandory.

     Jego wzrok spoczął właśnie na postaci Studniarza, który przechadzając się bez jakże zbędnego w tym przypadku pośpiechu, zbierał dookoła szczątki swojego pomocnika wrzucając je sukcesywnie na Żuka. Tak, rozpieprzający się na ciuki pojazd, oraz wcale nie lepszy z wyglądu facet byli jedynymi ocalałymi w zasięgu rażenia. Gdy Studniarz skończył już kompletować swojego byłego kompana, odpalił kolejnego papierosa i jeszcze raz obszedł teren wokół pamiętnej studni, zbierając jeszcze kilka metalowych gratów. Gdy skończył podszedł do Doktora, odpalił kolejnego fajka i bez specjalnego wstępu postanowił zdać relacje, jakby samo oglądane przed chwilą widowisko było dla Doktora mało obrazowe. 

-Ogólnie to so dobre i niedobre wieści..

     Doktor dopiero teraz oderwał wzrok od rysujących się przed nim zgliszcz i jakby powrócił nieco na ziemię. Przyjrzał się swojemu rozmówcy wzrokiem, mówiącym więcej niż tysiąc słów. Ów człowiek stał obok niego, garbiąc się nieco, w dziwacznym ubraniu, z którego zostały teraz jedynie strzępy, tu i ówdzie na dodatek nadpalone. Tym nie mniej szkody, jakie poniósł wydawały się co najmniej powierzchowne jak na wymiar starcia, które przed chwilą stoczył. Latające betonowe płyty czy wybuchy niczym z filmów z Stevenem Seagalem, to tylko niektóre z aspektów rażenia, jakie przyjął na siebie przed chwilą. Może i był poszarpany, może i śmierdział jak zwykle, ale kurwa żył! Niestety nie można było tego powiedzieć z całą pewnością, o jego zasłużonym pomocniku.

-To zoczne, może jednak od dobrych. – Podjął znów po chwili. – Udało sie.. – Jego ochrypły głos zawiesił się na chwile i Studnierz spuścił wzrok. – No i to tyle z tych dobrych tak miarkuje... Gorzej panie jest z tym, że chałupa nie ustała. No i jeszcze to, że gadzina niezwykła to była. Że nie taka.. no.. Endemiczna ona, ino z piekła samego rodem. Czarno magio, psia jej kurwa mać, gnana na ten świat…

- cO? – Doktor najwyraźniej poczuł wielką potrzebę przemienienia tego monologu w dialog. 

-No taka panie czorna magia, że tylko złe ludzie nią posiadają. I potężni, o wiela oni potężni. Spotkać czasem się nadarza taką gadzine gnaną i wtedy twarda ona jak żadna inna z ziemi, czy z jakiego bajora. 

-Ale, kto by mi sprowadzał takie paskudztwo do studni, nic nie zamawiałem takiego chyba! Źli ludzie? NFZ znowu jakiś? – Powoli, ale to bardzo powoli Doktor odzyskiwał zdolność myślenia i werbalizacji tychże cennych przemyśleń. 

-Panie.. Złe ludzie nie pytają czyja studnia, tylko gadzine montujo i po faworkach. 

-I teraz co panie? – Doktor wpatrywał się to w pobojowisko, to w Studniarza, który zamyślił się chwilę i uśmiechnął w ten swój paskudny, całkowicie bezzębny sposób. – No, co żesz się pan tak śmiejesz?!

-A bo tak myśle, że się ino posada zwolniła po Morghulu. – Odpowiedział dziad pokazując palcem ładunek na pace Żuka. –Może pan reflektujesz ?


***

Mimo wszystko postanowiłem posłuchać Pluszaka i nie wrzucać sceny łóżkowej, sam mógł bym jej nie wytrzymać psychicznie :P

środa, 17 lutego 2010

Blog


"Doskonały sposób, aby pokazać światu, że nie jesteś dla nikogo interesujący."

sobota, 6 lutego 2010

Przez jakiś czas świat znów może spać spokojnie.

Ja 0:56:20
*przyglada sie Morcinowi z ukrycia*
G.R.Y.B.Y 0:57:35
*Morcin nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczenstwa w jakim sie znalazł*
Ja 0:58:40
*złe, zło zdaje się zacieśniać swoje kręgi wokół Morcina*
G.R.Y.B.Y 0:59:53
*Morcin uśmiecha sie tylko bo wie że zło przyszło aby dostać po dupie*
Ja 1:01:39
*Zło spoglada w dal... Waha się przez chwile, czy ujawnic swoja przedziwna, dwojaką naturę*
G.R.Y.B.Y 1:03:36
*Morcin przygląda sie złu ze zdziwieniem, lecz nie wygląda na zbyt przejętego faktem jego bliskości*
Ja 1:05:52
*Zło ostatecznie zdaje sobie sprawe ze swojej mizerności wobec Morcina. Zło zostaje po raz kolejny mentalnie pokonane i odchodzi*
G.R.Y.B.Y 1:09:16
*Morcin wraca do polerowania snajperki, z uśmiechem zwycięstwa na ustach*

niedziela, 20 grudnia 2009

Pokolenie

Wieczory - są to wyjątkowo krótkie chwile, kiedy jestem naprawdę sam na sam, z moimi wyjątkowo płytkimi przemyśleniami i wątpliwymi zarzutami na temat otaczającego mnie świata. Czas, kiedy doceniam złożoność rzeczywistości przez pryzmat własnej niezdolności do choćby powierzchownego pojęcia jej istoty. Liczę zatem na pomoc tych kilku osób, które jestem w stanie wciągnąć w tą krótką polemikę - ludzi mojego pokolenia. Jakiego pokolenia?

Urodziliśmy się po Czarnobylu, ale przed Wiedervereinigung, w środku przemian, które nie były naszym udziałem. Nie byliśmy świadomi sytuacji, jaka miała miejsce na początku lat 90’ - nie rozumieliśmy nic z rodzącego się kapitalizmu, ale nie poznaliśmy też wcześniej socjalizmu. Dziećmi byliśmy, gdy Kinder niespodzianka była droga, a ludzka praca wyjątkowo tania. Byliśmy jedynymi, którzy naprawdę zauważyli jak szybko zmienia się nasz świat, z tego prostego powodu, że nasze głowy nie były jeszcze zaśmiecone schematami, takimi jak pogoń za pieniądzem i pierdołami. Obserwowaliśmy, więc jednocześnie tysiąc sprzeczności. Asfaltowe chodniki stawały się kostkowe, Supersam stał się Luxem, a rower „reksio” stawał się powoli rowerem górskim. Nie mogliśmy zrozumieć, czemu kolorowa ciężarówka przyjeżdża na parking i sprzedaje lody, wygrywając swoją śmieszną melodyjkę, mimo, że lodów pod dostatkiem jest w pobliskim sklepie. Jak mogliśmy zrozumieć skomplikowane mechanizmy ekonomiczne rządzące tamtym światem? Chodziliśmy, więc po parkingu i zaglądaliśmy każdemu autu ile km/h ma na liczniku, a w telewizji leciały „Dwa Światy”, "Power Rangers" i „Dragon Ball”. Mieliśmy też własną „bazę” w krzakach. A ja z Kubkiem zostaliśmy najlepszymi kumplami. Malowano klatki bloków i ławki, tynkowano domy. Legendarne były gumy shocki, chipsy maczugi, oranżada kaskada i lody lulki. Wtedy też po raz pierwszy zobaczyliśmy komputer. Nie ważne, czy była to akurat Amiga, czy PC. Nikt z nas nie mógł przypuszczać nawet, jak bardzo zmieni on nasz świat za kilka lat. Dlaczego? Bo gra w „kulki” wyglądała dość niepozornie. 

Kiedy kończyliśmy podstawówkę, każdy wiedział już, że ten kit, który wpierdalają nam do głowy w szkole jest gówno wart. Postęp cywilizacyjny polegał na tym, że rozpierdolili nasz plac zabaw, gdzie były te drewniane domki, ceglane wieże, mostek i wielka piaskownica, a postawili bloki dla nowobogackich. Wtedy też powstał u nas w mieście pierwszy hipermarket, a źli ludzie zburzyli WTC. Z tego dnia pamiętam akurat bardziej fakt, że przed szkołą wywaliło hydrant i woda wzbijała się w powietrze na dobre 10 metrów. Spóźniliśmy się przez to na lekcje.

Gdy apogeum osiągnęło niszczenie wszystkiego, co było nam drogie nastała recesja przełomu wieków. Dobrze zarabiał za to koleś z „Sonica”, który sprzedawał nam piraty za 20zł za płytkę. Komputer stał się religią. Naprawdę było kiedyś tak, że przesiadywaliśmy na komputerze godzinami, mimo, że nie wiedzieliśmy, co to Internet. On z resztą też wydarł w naszej psychice głębokie ślady, gdyż długo, długo, jako jedyni w domu potrafiliśmy go obsługiwać, ponieważ nie było wtedy jeszcze naszej-klasy. Co z tego, skoro było Diablo, Red Alert, Half-life, czy Jedi Knight?! Poznałem też wtedy kilku wielkich przyjaciół. Razem oglądaliśmy też te różne pierdoły w TV u Morcina w pokoju, bo miał kablówkę.

Poszliśmy, więc do gimnazjum, a jedyne, co się zmieniło to Diablo - na Diablo II, a Red Alert - na Tiberian Suna. Wkrótce potem modem ewoluował w ISDN. Setki godzin spędzone przed komputerem rosły w tysiące, a tysiące chyba w miliony. Z drugiej zaś strony gimnazjum nauczyło nas, że nie ważne jak bardzo będziemy się opierdalać i tak będzie dobrze. Siedzieliśmy, więc na schodach, graliśmy na gitarze i zdaliśmy te debilne testy najlepiej z klasy. Przy okazji doszliśmy w naszej praktyce poznania do hasła „alkohol”, oraz „zapierdalanie czekolad z biedronki”. Miałem szczęście poznać na mojej drodze kolejnych wspaniałych ludzi. Oddano do użytku basen Karpik, a my zaczęliśmy czytać książki o niczym, grać w gry fabularne, chodzić do kina, i coraz bardziej szydzić z tego durnego systemu edukacji. Coś z pogranicza oświeconego dekadentyzmu, albo optymistycznego nihilizmu, jakkolwiek nie miałoby to sensu. Zmiany zachodziły coraz szybciej, pozostawiając po sobie chaos, w którym czuliśmy się jak ryby w wodzie. Nie przytoczę tu nawet części naszych grzeszków, gdyż lepiej będzie, gdy na zawsze pozostaną tajemnicą. Ogólnie to zaczął działać youtube, zmarł papież i nie było jeszcze visty. 

4te Liceum ogólnokształcące to było coś. Szybko rozgryźliśmy system działania tego typu szkół o wysokim poziomie. Ich struktura pozwalała opierdalać się o wiele bardziej efektywnie niż w gimnazjum. Przyznam, bawiło nas to jak roznosimy to pseudo-elitarne pieprzenie o niczym na kawałki. Zdawanie wszystkiego wymagało od nas 5% zaangażowania, a resztę poświęcaliśmy innym inicjatywom – od jeżdżenia starym motorem marki WSK po okolicznych wioskach, po projektowanie gier komputerowych w kilku nieźle zapowiadających się projektach internetowych, o piciu piwa nie wspominając. Wydawać by się mogło, że nasze pokolenie sięgnęło dna, ale to wyjątkowo powierzchowna ocena. To był prawdziwie bezcenny okres. Chłonęliśmy informacje jak gąbki - setki naszych zainteresowań, nowe znajomości, wszechstronne doświadczenia, sukcesy i niezliczone porażki. Gdyby nie ten okres, z całą pewnością, nigdy nie bylibyśmy tacy jak teraz. To nasze opierdalanie powoli ewoluowało w prawdziwe zaangażowanie w różnorakie sprawy. Każdy z nas znalazł w końcu swego sensei, swoją pasję i swoje pierwsze stałe miejsce na ziemi. Nasz byt zaczynał przynosić coraz bardziej wymierne korzyści. W niepojętym tempie rozwijaliśmy się w niezliczonej ilości kierunków. Maturka? Oczywiście całkiem świetnie poszła - droga w przyszłość stanęła przed nami otworem. Ponadto Kosowo ogłasza niepodległość, podobnież jak Boguchwała, która zyskuje prawa miejskie, a ludzie nie wiedzą jeszcze, że po wielu latach finansowej hossy, zaraz przyjdzie wielki kryzys i zabierze im ich DVD powodując zbiorową psychozę i globalną panikę. 


Dla mnie osobiście to był szczęśliwy czas. Czas przyjaźni, miłości i epickich imprez. Czy z tamtej perspektywy byłoby trudno uwierzyć mi w mój dzisiejszy system wartości i spojrzenie na świat? Chyba byłem wszystkiego zbyt pewien i zbyt długo nie mogłem uwierzyć w to, co uległo zmianie. Dorośliśmy? Nie sądzę. Tak czy inaczej, wiele się zmieniło. Ale jedna rzecz z tego zbioru luźnich przemyśleń jest pewna - moje kilkunastoosobowe pokolenie to najlepsza rzecz jakiej doświadczyłem.

A jakie jest wasze pokolenie??

piątek, 4 grudnia 2009

Absolutnie off'owa notka dla wtajemniczonych.

NOWE: Babka z filmika, ludzie w mieście gadający o winie, gostek wymyślający kuesty za miastem, nikczemny piekielny ptak gromu w nocy walka jedyna w grze, walka, seed, tesco –regały, picka, promocja, miecz, staty: małe elementy, śladowe ilości orzechów i źródło fenelelenene, rozmowa inkwizytora i klasztornego maga, wampir na wózku, instalacja: piracka wersja, czy normalna ?, Staty: ile przeszedłeś, ile razy miałeś katar ile kiłe, gachu w klasztorze ruchający w dupe, Instalka: czy zgadzasz się sprzedac dusze, wpadniemy Ci na chatę.. , nie- a to truno, ale możesz Se zagrac, znaj laskę pana, Ebay –siedząc w karczmie przychodzi listonosz i przynosi paczkę dla goscia w której jest super zbroja +7 do czegos, która przelicytowal 30 s przed koncem –niezla okazja, podatek dla bohaterow, wykrzyknik nad postaciami, Rozmowa, gdzie postacie tła nie dają Ci dojsc do glosu jak w Diablo zakonczona –KURwa, ja tu tylko list przyniosłem, nazwy itemow: jak z diablo –wężowy żmijowy plaszcz mocy z 1000 statow, staty postaci –chemiczne pranie dywanow, numerek z niezapelniajacym się inventory, nurkowanie, plywanie, chaftowanie w plytowych zbrojach, szczur z kredensem, ball i kredens, brama piekieł –on / off, bezsensowny ciag questow. 

poniedziałek, 9 listopada 2009

Księga czarna I

Świat z początku XXI wieku był przedziwnym tworem. Wielkim i niespójnym konglomeratem zbiorowych urojeń. Przepotężne korporacje posiadały władzę wtłaczania ludziom do głowy idei, poglądów, a nawet codziennych potrzeb. Ich moc ukierunkowywania ludzkiej psychiki wynikająca z niewyobrażalnych pieniędzy, popychała cały świat w coraz większe absurdy, a mimo to wszyscy ślepo poddawali się tej manipulacji. Przedziwne nieprawdaż? 500 ludzi posiadało majątek większy niż wszyscy inni mieszkańcy ziemi. Kult pieniądza i związanej z nim władzy rósł w siłę wraz z wszechobecną manią konsumpcji. Istota działania tego systemu zakładała, że można wykreować za pomocą środków przekazu potrzebę wśród ludzi, a potem ją zaspokajać -jakkolwiek bezsensowna by ona nie była. Tego stanu rzeczy nie można nazwać z całą pewnością mianem zwykłego hedonizmu, był to mechanizm zdecydowanie prymitywniejszy. Co więcej, prymitywizm ten wciąż przybierał na sile. Nie długo trwało, bowiem zdefiniowanie zasady, iż towar tyczący się najprostszych, najbardziej zwierzęcych potrzeb człowieka, wtłacza się do jego głowy najprościej. Momentami chciałbym nawet byście mogli ujrzeć wielkie centra handlu z tamtych czasów, z ich światłami, kolorowymi reklamami i wielkimi tłumami ludzi, którzy zwracali się ku nim, niczym ku dawnym, zapomnianym bożkom. Ten zbiorowy trans otumanionych dusz goniących za cielesnym pięknem, chwilową przyjemnością, życiem na pokaz, zabierał ostatnim wolnym ludziom całą nadzieje i wiarę. Nic jednak nie trwa wiecznie. System ten wydawał się współczesnym ludziom tak trwałym monolitem, iż nigdy nawet nie przypuszczali jak szybko nadejdzie jego kres. Miliony powiązań kapitału i informacji przypominały wielki domek z kart. Imponujący, bo stworzony ludzką ręką, misterny. Niestety pozbawiony choćby jednej karty domek obraca się w chaos. To oni, nieświadomie całkiem, wsadzili nam w rękę broń. My tylko pociągnęliśmy za spust. Naprawdę nikt nie przypuszczał, że koniec tej określanej, jako wspaniała cywilizacji, nie zrodzi się z wojny atomowej, ani innego kataklizmu, tylko najzwyczajniej wytrącona z równowagi upadnie i rozbije się w drobny mak. Najwidoczniej potężne korporacje nie były jeszcze gotowe do sprawowania władzy w świecie, być może ich triumf nadszedł za szybko. Zdecydowanie trudno tu o jednoznaczną ocenę. Czy czuję się źle z powodu odpowiedzialności, jaką wtedy wziąłem na siebie? Być może powinienem, ale nie. Chwila, w której odebraliśmy im to złudne, irracjonalne poczucie bezpieczeństwa. Moment, kiedy zwróciliśmy stworzoną przez nich technologię przeciwko im samym, kiedy niewielka grupa wygrała z wielką machiną. Świat stanął w ogniu, takie było nasze życzenie. To jednak nie koniec. Gruzy, które nas otaczają, martwe szkielety wielkich drapaczy chmur z przed lat, beton i stal, to wszystko nie koniec, lecz sam początek. Teraz czeka nas długa wojna o to jak wyglądać będzie przyszłość, a jej wyniku niestety sam nie jestem pewien. 

środa, 4 listopada 2009

Rubieże, krótkie opowiadanko.

Dziś będzie coś zupełnie innego, chyba nie jestem jeszcze w stanie sprostać scenie łóżkowej Studniarza :D Enjoy!

"Rubieże, krótkie opowiadanko"

Kwadrant EY-90, sektor Julius Cezar, dalekie Rubieże. 


16.3.2327 r. 07.36 – ok. 1 godziny po przegranej przez siły Rewolucjonistów bitwy o horyzont zdarzeń J.A. Wheeler EH-067C4. 



-Wrzucić jeden-jeden na chłodzenie stosu, zwiększyć ciąg do jeden-osiem g! – Rozkaz przeszył powietrze mostka dowodzenia fregaty KTA-6 „Catherine”. Kapitan nie oderwawszy wzroku od dziesiątek wskaźników jaśniejących nad pulpitem, dodał już zdecydowanie ciszej. – I oby ta puszka to jeszcze chwilę wytrzymała…

Był najmłodszym kapitanem okrętu tej klasy w całej flocie, a być może w całym sektorze. Zdecydowanie był cholernie dobry w tym co robił, ale mimo to wcale nie był pewien, czy tym razem uda mu się uratować okręt i własną dupę. Statek przecinał bezkresną przestrzeń z prędkością blisko 11 km na sekundę, stale przyśpieszając. Nie byłby to zły wynik, gdyby nie fakt, że pościg poruszał się znacznie szybciej, co dobitnie ukazywały wskaźniki śledzące. W dodatku manewr wymijający nie wchodził zupełnie w tym wypadku w grę – 13 tysięcy ton masy spoczynkowej Catherine skutecznie stawiało opór potężnym sinikom w przypadku próby nawrotu, którego promień wynosił przy obecnej prędkości minimum 8 tyś kilometrów. 

-Za dużo… Tamci zejdą poniżej 6. I to luźno. –Pomyślał, ale z powodu braku planu alternatywnego oddał manewr zwrotu do wyliczenia przez systemy pokładowe. Przestrzeń nad pulpitem zajaśniała momentalnie od wyników symulacji. –Niech to szlag, gorzej.

Wskaźniki dalekiej analizy przestrzeni też nie raczyły pokazywać dobrych wieści, przed nimi tylko pustka, pola lekkich zagęszczeń jonów wapnia i… pustka. A za nimi pobojowisko niedawnej bitwy i dwie fregaty Syndykatu, które uparły się ścigać go do upadłego. Ewidentnie kiepski dzień. Niestety czasu na głębsze rozmyślania było zdecydowanie za mało, każda sekunda pracy stosu pod takim obciążeniem przybliżała ich do spektakularnej katastrofy. Co prawda uszkodzenia nabyte w bitwie nie były szczególnie niepokojące w obecnej sytuacji, ale sam wiek i stopień wyeksploatowania jego ukochanej kupy żelastwa już zdecydowanie tak. Sam nawet nie wiedział ile ta jednostka ma wysłużonych lat. Z resztą było to raczej trudne do jednoznacznego określenia, gdyż obecny reaktor i stos pochodziły z innego statku, podobnie jak komputery i systemy ogniowe. Był pewien, ze niektóre części na tym okręcie były o wiele starsze od niego. A w obecnej chwili wskaźnik mocy teoretycznej reaktora przekracza nieprzekraczalne 4 GW, a stos najprawdopodobniej niedługo wyparuje.

Idealne warunki do manewrowania. –Ta myśl rozbawiła go w pierwszym momencie, ale nagle zdał sobie sprawę, że faktycznie jest tylko jedna szansa na wydostanie się z tej opresji. – Do trybu bojowego! Przygotować się do 180 i otwarcia ognia!

Przegrzanie stosu i samego reaktora dawało zapewne taki szum, że detektory czułe na statkach syndykatu nawet nie wyłapią, jak ładują szyny dla uzbrojenia. Plan niemal doskonały, byle tylko nie wylecieli w międzyczasie w powietrze. Catherine zaczęła stopniowo zmniejszać prędkość na wstecznym ciągu. Wrogie fregaty zbliżały się zupełnie jakby kierowane planem kapitana. Symulacja ataku jaśniała już gotowa do realizacji. Byle tylko te sukinsyny nie strzeliły pierwsze. Ale nie, oni już czują się zwycięzcami, wyłączyli już myślenie. Podchodzili najzwyczajniej, przodem. Głupcy. 

Gdy odległość spadła do krytycznych 300 km, białe do tej pory linie nad pulpitem mostka zmieniły barwę na czerwoną. Kapitan uśmiechnął się w naprawdę nieprzyjemny sposób. Wiedział dokładnie jak nieprzyjemny może być jego uśmiech w takich chwilach, ale zupełnie nie zamierzał się powstrzymywać. To była chwila triumfu. Catherine dokonała błyskawicznego obrotu o 180 stopni, a jej dziobowe uzbrojenie odezwało się z pełną mocą wystrzeliwując raz po raz pociski, które w ułamku sekundy z potężną silą dopadły przednich pancerzy fregat syndykatu. Lśniące smugi znaczące tor lotu rozpędzonych do niewyobrażalnych prędkości pocisków były widoczne nie tylko na powierzchni symulacji na mostku, ale także realnie w samej przestrzeni. Systemy obronny aktywnej wrogich fregat były bez szans na reakcje, pancerz zaś – słabszy niż na ich powierzchniach bocznych skazany był na zagładę wraz z całym okrętem. Systemy symulacyjne Catherine zarejestrowały jedynie fakt trafienia obranych celów, a następnie dwa wybuchy o sile ok. 10kt, po czym ekran symulacji zmienił kolor z powrotem na biały. 

-Lepszy był by zielony…- Pomyślał Kapitan przez chwile z wyraźną satysfakcją. Teraz mogli wyhamować okręt, zmniejszyć obciążenie reaktora i stosu i naprawić najpilniejsze uszkodzenia. Niestety to nie koniec na dziś. –Reaktor 2 GW, nawrót z dośrodkowym zero-pięć g, opanujcie jakoś temperaturę stosu. – Zawahał się, ale trwało to mniej niż ułamek sekundy. - Wracamy za Wheeler’a, ktoś z naszych musiał przeżyć…

niedziela, 25 października 2009

STUDNIARZ S01E02

Doktor badał wzrokiem okolicę wejścia do "budynku" w poszukiwaniu dzwonka. Odsunął się, wykrzywił usta w bezradnym grymasie. Zapukanie też nie wchodziło w grę z uwagi na prozaiczny fakt braku samych drzwi. Zastępowała je aktualnie brudna szmata, zawieszona na drucie elektrycznym, zwisającym z sufitu. Można by rzec, że spełniała większość postulatów, jakie spełniały by same drzwi, niestety poza pukaniem. Doktor zawahał się po raz kolejny. 

-Kurw. Pięć lat studiów, pół semestru doktoratu i takie upodlenie... - Doktor sięgał już by uchylić nieco śmierdzącą kapę, kiedy nagle stanęła w nich prze-ogromna postać

Kolos ów liczył sobie chyba ponad 2 metry wzrostu, i tyleż samo szerokości. Długie czarne włosy opadały mu na umięśnione ramiona. Oceniając po muskulaturze ważył pół tony. Całości dopełniał goły tors i skórzany pas biodrowy, będący jego jedynym ubiorem.

-E... Kurwa. E. Pan Studniarz? - Chwilowe kłopoty w werbalizacji myśli wydawały się mu w obecnej sytuacji całkowicie normalne. 

Golem popatrzył na Doktora przez dłuższą chwilę. Ani jeden mięsień na jego twarzy nie drgnął. Po czym odwrócił się i zawołał donośnie w kierunku wnętrza chaty

-Panie! Ktoś przybył.

Setki myśli krążących po głowie Doktora w związku z całokształtem zaobserwowanej sytuacji, stanęło nagle w jednej chwili, gdy w drzwiach pojawiła się druga postać. Trudno znaleźć odpowiednie słowa by opisać jej wygląd. Jedyne co przyszło Doktorowi do głowy to, to że spotkany wczoraj w knajpie dziad powinien, w porównaniu z oglądanym właśnie człowiekiem, trafić na okładkę magazynu Men's Health. Jakby same kości, żyły i pomarszczona skóra zyskały wolę życia. W końcu Studniarz przemówił.

-To jam. - Pociągnął solidną mele i splunął kawałek obok. -Co trza?

-Eee. Mam Cthulhu. Endemiczne. 

-Gdzie? -Studniarz wyszczerzyłby zapewne w tym momencie zęby, niestety ich nie posiadał i mina ta wyszła nadwyraz nieprzyjemnie. 

-No.. W studni.

-Kurrwa. Nie ważne. Wezmę to robotę. Zapłata ta sama od zawsze. Cysorz Ferdynont ustanowił 15 guldenów i ścierwo gadziny.

-E. Ok. Tzn. Dobrze. Umowa stoi. -Doktor odchrząknął, gdyż dopiero teraz zauważył jak chrapliwy zrobił się jego głos. - Jakoś te guldeny załatwię, jade do kantora, nie wiem. A jak to ścierwo pan weźmie?

-No jak to kurwa jak? - Studniarz przystanął. Wyjął zza pazuchy pomiętego jak nieszczęście fajką i włożył go do ust. - Na żuka. - I odszedł. 

No i to by było tyle na dziś :) Miłej lekturki. A w 3 epizodzie będzie scena łóżkowa :>